Layers of fear

Tytuł oryginalny: Layers of fear

Producent: Bloober Team

Wydawca: Aspyr Media, Inc.

Premiera na świecie: 16 lutego 2016

Premiera w Polsce: 16 lutego 2016

Bloober Team to krakowska firma, która stoi za zaskakująco dobrze przyjętym horrorem “Layers of fear”. I słusznie zresztą, bo gra jest warta sprawdzenia. A co w tym takiego zaskakującego? Otóż pierwsze projekty za jakim stała rodzima ekipa to "A-men" i “Brawl” - multiplayerowy tytuł, który po premierze okazał się… niegrywalny. Potem studio co prawda poskładało go do kupy, ale niesmak pozostał, a i sam finalny produkt delikatnie pisząc, nie porywał.

Gdzieś w tych ramach czasowych zostało rozwiązane doświadczone studio Reality Pump, które również mieściło się w Krakowie i wielu utalentowanych twórców trafiło pod strzechy Bloober Team. I to widać. I chyba w tym należy upatrywać tak dużego skoku jakościowego, którego najlepszym efektem jest właśnie “Layers of fear”. Gra, w której wcielamy się w postać malarza, który powraca do swojego domu by dokończyć pewien obraz. Zanim to jednak nastąpi, musimy odnaleźć sześć składników, które sprawią, że ukończone dzieło będzie wyjątkowe. Zdradzę tylko, że wspomniane składniki są dosyć makabryczne.

Choć miejscem akcji jest dom bohatera, to zapomnijcie o jakiejkolwiek mapie i konkretnym planie budynku. Owszem, taki można sobie narysować w głowie, ale tylko na początku, zanim trafimy do pracowni i zaczniemy szukać, że tak się wyrażę, narzędzi pracy. Potem rozpoczyna się festiwal pokoi, które zwiedzamy jeden po drugim, rzadko odwiedzając raz już widziane. Całość przypomina koszmar, lub rojenia chorego umysłu i w tym kryje się siła tej produkcji. Poszczególne pomieszczenia często zmieniają się wraz naszymi ruchami. Wychodząc przez drzwi, którymi weszliśmy z korytarza do danego pokoju, nie wychodzimy już do tego korytarza. Obrazy na ścianach ulegają przekształceniu, pomieszczenia się zmieniają, a za niektórymi drzwiami czai się przerażający duch. Ta cała surrealistyczna wędrówka ma swój urok i jest mocnym punktem produkcji. Każdy pokój to nowe wyzwanie. Jednocześnie podczas wędrówki odnajdujemy skrawki historii w postaci wycinków z gazet, zdjęć, listów czy przedmiotów, z którymi wiążą się konkretne wspomnienia. Nie jest to wesoła historia, ale jej odkrywanie wciąga i z każdym nowym fragmentem staje się kompletniejsza.

W tym wszystkim nie brakuje solidnej dawki grozy. Sama wędrówka bohatera przypomina senny koszmar, a co za tym idzie, nigdy nie wiemy czego się spodziewać. Tu spadnie obraz, tam w ścianie bije namalowane serce. Z półek sypią się książki, a pokój dziecięcy zmienia się w oszałamiającą projekcję przerażających wizji, wzmocnioną jeżącą włos na głowie rymowanką. Co jak co, ale sposobów straszenia jest tutaj bez liku i chwała za to twórcom. Jakby tego było mało, raz wykorzystany sposób się nie powtarza. Przez całe trzy, cztery godziny rozgrywki, cały czas straszenie jesteśmy czymś innym.

No właśnie. Długość rozgrywki to jest ten element, na który można trochę narzekać. Te wspomniane trzy, cztery godzinki to takie spokojne granie z otwieraniem każdej szafki i zaglądaniem w każdy kąt. Natomiast gdy nie skupiamy się na sprawach pobocznych i wiemy co i gdzie zrobić, wystarczy jakaś godzinka i tytuł pęknie. Przy czym powtórne przechodzenie gry nie zaskakuje niczym nowym. Rozgrywka jest liniowa, więc nie dostarcza żadnych nowych doznań. Może poza jakimiś drobiazgami, które przeoczyło się za pierwszym razem. A no i z każdym kolejnym przejściem tytułu, pewne momenty zaczynają coraz bardziej irytować. Wynika to ze wspomnianej już liniowości rozgrywki i braku możliwości pominięcia niektórych animacji.

Pewnie zadajesz sobie teraz pytanie, po co wogóle grać drugi raz. Otóż “Layers of fear” posiada trzy zakończenia. Droga do nich zależy od czynności, które zrobimy lub nie zrobimy oraz przedmiotów, które znajdziemy lub ich nie znajdziemy podczas gry. Same endingi różnią się dość diametralnie od siebie i warto jest poznać. Oczywiście można je też obejrzeć na youtube… jak kto woli.

W grze przydałoby się więcej zagadek. Kilka się trafia, ale raz, że jest ich niewiele, a dwa, że nie stanowią większego wyzwania. No i brak konsekwencji śmierci. Jest kilka momentów, w których możemy zginąć, ale nic z tego nie wynika. Znaczy wpływają one na zakończenie, które zobaczymy na końcu gry, ale gdy przechodzi się tytuł po raz pierwszy, śmierć naszego protagonisty nie ma właściwie żadnego znaczenia. Ot, obudzimy się pokój dalej i tyle.

Podsumowując. “Layers of fear” nie jest tytułem idealnym, ale jak najbardziej wartym zagrania. Fajnie straszy, nie nudzi bo i czasu dużo nie zabiera, opowiada konkretną historię i zwyczajnie miło się w to gra. A i ten krótki czas rozgrywki wcale nie musi być wadą. Jeśli jeszcze nie graliście. Polecam.

underluk

GORE

2

STRACH

6

OCENA

8