The Lost Crown

Tytuł oryginalny: The Lost Crown

Producent: Darkling Room

Wydawca: IQ Publishing

Premiera na świecie: 04 marca 2008

Premiera w Polsce: 23 października 2009

Nigel Denvers musi uciekać. Informacje, które posiadł na temat korporacji, w której pracował stały się dla niego niebezpieczne. Wie, że jest śledzony i szybko dostaje się na dworzec kolejowy. Tam wsiada do pociągu i jedzie najdalej jak może.

Wiosenne roztopy, jak co roku, zalały tory i pociąg nie może dalej jechać. Ostatnią stacją okazują się, więc okolice miasteczka Saxton. Nigel postanawia udać się do tej mieściny. Aby się tam dostać musi jednak pokonać bagna. Na miejscu dowiaduje się, że właśnie trwają przygotowania do święta wiosny, a do miasta zjeżdżają łowcy skarbów. W Saxton, bowiem znajdują się niezwykłe skały. Woda drążąc je, co rusz odkrywa nowe znaleziska. Jednak tym, co przykuwa uwagę wszystkich łowców skarbów jest legendarna korona. Nasz bohater nie może pozostać obojętny i angażuje się w jej poszukiwania. Jednocześnie stara się usprawiedliwić swoją ucieczkę, a szansą na odkupienie win staje się zbadanie okolicy przy użyciu specjalnego sprzętu. Dodajmy, że sprzętu, który służy do wykrywania zjawisk paranormalnych. Bo przecież mieścina odcięta od świata przez rozlewiska jest idealnym miejscem dla duchów. A w Saxton mają one swoją silną reprezentację, której towarzyszą mroczne tajemnice i pewna legenda. Łowcy duchów nie mogą tutaj narzekać na nudę.

Wielu ludzi już od dobrych kilku lat przepowiada upadek przygodówek (tak samo jak grania na komputerach), ale życie zwykło robić na przekór takim proroctwom. Gatunek ma się świetnie i właściwie co miesiąc wychodzi tytuł, o który fan rozwiązywania zagadek może się zaczepić. Jednym z nich jest The Last Crown. Gra, która duszę recenzenta może rozedrzeć na dwoje. Wszystko przez przeplatanie świetnych elementów nieco gorszymi. Ale po kolei.

Do najjaśniejszych punktów gry zdecydowanie należy scenariusz. Wielowątkowy, oparty o staroangielskie wierzenia, bogaty w zwroty akcji i wciągający jak zgniatanie bąbelków powietrza zamkniętych w folii ochronnej. Takich historii nie spotyka się często. Z początku akcja rozwija się dość leniwie. Zwiedzamy miasteczko, poznajemy mieszkańców i dowiadujemy się o zbliżającym się święcie wiosny oraz znikających kotach. Poznajemy także legendy, które wkrótce coraz bardziej będą przykuwały naszą uwagę. Z czasem wydarzenia przyspieszają i całkowicie nas pochłaniają. Pojawiają się zjawiska paranormalne. Wyposażeni w specjalny magnetofon, aparat, kamerę z noktowizorem oraz miernik elektromagnetyczny szukamy duchów. Klimat gęstnieje, a rozgrywka wciąga coraz bardziej. Czas przestaje mieć znaczenie i początkowy plan pogrania godzinkę, kończy się dziesięcioma godzinami spędzonymi przed ekranem komputera.

I to właśnie wspomniany klimat jest kolejnym czynnikiem, który zasługuje na duże brawa. Już pierwszy rzut oka na screeny wystarcza by zauważyć coś nietypowego. Dominującym kolorami są czerń, biel oraz wszelkie odcienie szarości. Czasem tylko trafi się niebieskie niebo, fioletowy kwiatek czy zielona ważka. Takie podejście potęguje grozę, a ta jest tutaj wszechobecna. W ogóle ta gra to niezły dreszczowiec i momentów, które wywołują ciarki na plecach jest sporo. Szczególnie, że są doskonale spotęgowane efektami dźwiękowymi, ale do tych jeszcze wrócimy. Cała koncepcja grafiki skojarzyła mi się trochę ze starymi filmami. Szczególnie z czarno-białymi produkcjami Alfreda Hitchcocka. Co prawda, tematyka i podejście do rozegrania fabuły są zupełnie inne, ale już sposób ukazania akcji podobny.

Jednocześnie do grafiki mam największe zarzuty. Z jednej strony mamy klimatyczną czerń i biel. Oryginalne zmodyfikowane zdjęcia, które zostały użyte w tłach oraz jako tekstury dla budynków i innych elementów lokacji. Z drugiej strony widzimy mnóstwo dwuwymiarowych płaszczyzn poprzetykanych trójwymiarowymi obiektami. Dzięki ograniczonym kolorom w miarę dobrze się to komponuje, ale momentami sprawia wrażenie cofania się w przeszłość. To uczucie wzmaga widok modeli bohaterów. Mogłyby się podobać jakieś osiem lat temu, ale dziś są zwyczajnie przestarzałe, a ich animacja przypomina raczej mało rozwiniętego robota, niż postać ludzką. Nienaturalność ruchów i powolność głównego bohatera z czasem drażnią. Dobrze, że dwuklikiem możemy od razu przejść do następnej lokacji, bez konieczności obserwowania ślamazarnej animacji Nigela . A szkoda, bo większość postaci jest interesująca. Każda napotkana w grze osoba ma swój charakter i wydaje się być prawdziwa.

Ogólnie świat ukazany w grze wydaje się być realny. Nadmorskie miasteczko przedstawione jest bardzo realistycznie. Trochę dzięki wspomnianym już zdjęciom, ale także dzięki scenariuszowi. Mieszkańcy sprawiają wrażenie osób z krwi i kości. Takiemu odczuciu sprzyjają także trafiające się od czasu do czasu filmy z żywymi aktorami.

Inną wadą i zaletą jednocześnie jest udźwiękowienie gry. Głosy postaci są dziwne. Widać, że nie podkładali ich profesjonalni aktorzy, a raczej znajomi znajomych. Nie przeszkadza to w grze, ale chyba tylko dzięki temu, że z czasem można się jakoś do nich przyzwyczaić. A co z zaletą? Tutaj należy wrócić do mrocznej strony gry. Wszelkie dźwięki związane z duchami, potęgowaniem napięcia, nadprzyrodzonymi zjawiskami oraz tymi ciarkami biegającymi po plecach są fenomenalne. Odgłosy w tej grze wraz z obrazami, którym towarzyszą naprawdę potrafią wywołać gęsią skórkę, a grając w nocy w pustym domu przy zgaszonym świetle, możecie się bać iść do łazienki. Elementy „straszące” w tej grze są wykonane doskonale.

Ale żadna gra przygodowa nie może się obejść bez zagadek. Te w The Lost Crown są kolejnym mocnym punktem rozgrywki. I podobnie jak pozostałe elementy wydają się być logiczne i sensowne. Nie ma potrzeby „używania wszystkiego na wszystkim”, ponieważ jeśli znajdziemy jakiś przedmiot to od razu możemy podejrzewać, do czego służy. Jeśli nawet nie mamy takiego pojęcia, to po znalezieniu odpowiedniego miejsca z pewnością je ze sobą skojarzymy. Poza tym większość zagadek rozgrywamy na małej przestrzeni. Nie ma potrzeby biec z jednego końca miasteczka, w którym znaleźliśmy klucz, na drugi koniec, aby otworzyć nim skrzynię, w której będzie przedmiot przydatny, tam skąd właśnie przyszliśmy. Takich chwytów, mający przedłużyć czas grania tutaj nie ma, a i tak gra wystarczy na jakieś 25 – 30 godzin dobrej zabawy.

Na szczęście szukanie przedmiotów to nie wszystko, co omawiany tytuł ma do zaoferowania w kwestii zagadek. Interesującym wątkiem jest ten związany z duchami. Jako łowca zjawisk paranormalnych, wyposażeni w odpowiedni sprzęt będziemy robić zdjęcia zjawom, nagrywać ich głos na magnetofon i podążać ich ścieżkami z kamerą wyposażoną w noktowizor. Korzystając z tej ostatniej, akcję obserwujemy z pozycji pierwszej osoby.

Kolejnym wyzwaniem stają się zagadki logiczne. Nie znajdziemy ich dużo, ale ich wykonanie jest godne pochwały. Do większości dostaniemy pomocne wskazówki, dzięki którym nikt nie powinien mieć z nimi problemu. Niektóre polegają na odegraniu odpowiednich dźwięków np. na organach, inne na znalezieniu odpowiedniej sekwencji cyfr do sejfu.

Słowo uznania należy się też polskiemu wydawcy gry i decyzji o przetłumaczeniu tytułu. Wszystkie teksty, na jakie natrafimy w grze (poza nielicznymi wyjątkami) zostały przełożone na język polski. Obojętnie czy to ogłoszenie na murze, znak czy książka. Zastosowanie różnych czcionek powoduje, że wygląda to naprawdę dobrze i w żaden sposób nie zdradza ingerencji. Tłumaczenie dialogów otrzymujemy w formie kinowej, czyli postaci mówią swoimi oryginalnymi glosami, a my widzimy polskie napisy u dołu ekranu. Jest to dobra decyzja, choć akurat w tej grze, lektorzy mogliby bez trudu podłożyć głosy lepiej niż zrobiła to oryginalna ekipa.

Co ciekawe, patrząc na listę płac dowiadujemy się, że The Lost Crown jest dziełem właściwie jednego człowieka. Jonathan Boakes odpowiada tutaj za scenariusz, pomysł gry, projekt graficzny i wykonanie. Nawet główny bohater przemawia jego głosem. I mając tę świadomość jestem dla niego pełen podziwu. W tej sytuacji słabe animacje i modele postaci oraz posmak budżetówki wydają się być zupełnie zrozumiałe. Nawet koślawa animacja idącego kota (gdy to zobaczycie zrozumiecie), nabiera innego znaczenia.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak polecić tę grę wszystkim fanom przygodówek, a w szczególności tym, którzy lubią dreszczyk niepokoju. Tytuł ten pod względem grozy dorównuje świetnej Penumbrze. Straszy w inny sposób i wykorzystuje do tego inne chwyty, ale efekt jest ten sam. Groza chwyta gracza w swe szpony i bawi się jego nerwami jak kot zagonioną do kąta myszką. The Lost Crown nie jest doskonała. Ma swoje wady i to dość wyraźne, ale nie żałuję nawet jednej chwili spędzonej w Saxton. A tu i tam można trafić na informacje o kontynuacji. Ja już zacieram ręce.

underluk

GORE

1

STRACH

6

OCENA

7