Dom z liści

Tytuł oryginalny: House of Leaves

Autor: Mark Z. Danielewski

Wydawca: Mag 2016

Rok powstania: 2000

Dom z liści” to książka, która, gdy ją pierwszy raz trzymałem w ręce, trochę mnie przestraszyła. I nie chodzi tylko o jej gabaryty, ale i te prawie osiemset stron wrażenie na pewno robi. Szczególnie, że twarda oprawa tylko podkreśla jej rozmiar. Chodzi bardziej o zawartość. Zresztą wystarczy szybkie przekartkowanie tej pozycji by zrozumieć, że mamy tutaj do czynienia z nieco niecodzienną formą. Różne kroje czcionek, różne ich rozmiary, a nawet różnorakie ich ułożenie. Niektóre strony zapisane w kilku kierunkach. Na innych zapisana tylko połowa przestrzenie, dwa zdania lub jedno słowo. Niekiedy to wszystko wymieszane razem. Czy kryje się za tym jakiś sens?

Jak najbardziej. Podam dwa przykłady, które nie zdradzą wiele z fabuły, ale nieźle obrazują o co chodzi z ułożeniem treści. Pierwszy. Wystrzał z broni. Jego opis prześlizguje się po kilku stronach tylko jednym zdaniem, położonym na tej samej wysokości. Niczym pocisk lecący swoją trajektorią. Drugi. Bohater rozświetla ciemność błyskiem flasha. obrazuje to tekst po środku strony ściśnięty w małym prostokącie, który oblewa biel kartki. W końcu w świetle lampy błyskowej nie zauważymy zbyt wiele, a wzrok zdążymy skupić tylko na konkretnym miejscu. Jak np. na tym tekście. I wiecie co? Ma to sens. Zabawa układem stron, rozmieszczeniem na nich treści, zmianą wielkości czy rodzaju czcionki sprawia, że powieść czyta się inaczej. Czy ciekawiej? Ja uważam, że tak, choć zapewne znajdą się też tacy, którzy uznają to za wadę. Za coś, co wybija ich z rytmu. I będą mieli trochę racji, ale mi to nie przeszkadzało. Za to jak najbardziej bawiło. Zresztą zabawna była też moja pierwsza myśl na widok książki - do tramwaju to się nie nadaje. I wierzcie mi. Do środków zbiorowej komunikacji się nie nadaje. Raz, że duże i ciężkie. Dwa, że lektura niekiedy wymaga obrócenia książki bokiem bądź do góry nogami przez co łatwą ją w takim otoczeniu upuścić.

Ale, ale. Napisałem już dwa akapity, a nie zająknąłem się jeszcze słowem o fabule. Z tą nie do końca jest tak prosto. Rdzeń tej historii to z pozoru zwyczajny dom i rodzina, która się do niego wprowadza. Pewnego dnia w budynku pojawia się dodatkowy pokój, a potem tajemniczy, mroczny korytarz. Żeby było ciekawiej, z zewnątrz budynku nie ma żadnych zmian, a takie widać być powinno. Jakby tego było mało, to wymiary wewnętrzne domu, są większe od tych zewnętrznych.

Niby proste, ale nie do końca. Otóż fabułę poznajemy w formie analizy filmu, a właściwie kilku filmów, które zostały w tym domu nakręcone, a za które odpowiada znany reżyser, który niefortunnie w nim zamieszkał. Kto dokonuje tej analizy? Niewidomy jegomość, który umiera na pierwszej stronie książki, a jego notatki wzbogacone mnóstwem wywodów, wątków pobocznych i cytatów z nieskończonej liczby źródeł, wpadają w ręce pewnego imprezowego jegomościa. I ten ostatni wzbogaca jeszcze całość swoją historią, codziennymi przygodami, miłostkami i anegdotkami. Te wszystkie warstwy są ze sobą przemieszane stanowiąc zagadkę samą w sobie.

W efekcie dostajemy książkę, którą pokochacie, albo znienawidzicie. W tym wypadku nie wyobrażam sobie stanów pośrednich. Jedyną możliwością jest kompletna zerojedynkowość. Albo, dacie się uwieść temu literackiemu chaosowi wzbogaconego szaloną formą przedstawionej treści, albo zamkniecie książkę po pierwszym rozdziale i już do niej nie wrócicie.

Ja może się nie zakochałem, ale lektura mnie porwała i w wielu momentach zachwyciła. Byłem ciekaw, co kryje się w mrocznym korytarzu, jaką przyjmie formę za kilka stron i na co natknie się ekspedycja, która wyruszy na jego zbadanie. To tam kryje się cała groza, która przez kamery przenika do świata po drugiej stronie ekranu, wpływając na życie widza. To nie tylko horror, ale także niezła gra psychologiczna. Cała ta nadbudowa, wyjaśnianie zjawisk, z którymi za chwile będziemy mieli do czynienia, sięganie do mitów i tak dalej, pomaga w zrozumieniu wydarzeń, które później się rozegrają. Weźmy takie echo. Czas poświęcony na zrozumienie jego działania, zasad fizyki pozwalającej za pomocą odbicia się dźwięku określić rozmiar przestrzeni w jakiej do tego odbicia doszło, kilkanaście stron później pozwoli lepiej zrozumieć zasady panujące w tajemniczym pomieszczeniu. A właściwe brak tych zasad. Świetnie podkreśla to grozę, która wynika z zanurzenia się w świat, w którym fizyka przestaje mieć znaczenie. Przynajmniej fizyka i jej zasady znane w znanym nam świecie. Tam, w ciemności, rzeczywistość rządzi się własnymi prawami.

O ile sama historia i opis wydarzeń dziejących się w domu, wciąga i intryguje, tak te wszystkie analizy i wtrącenia bohatera zbierającego te informacje, o których wspomniałem wyżej mogą męczyć. I to chyba one są tutaj największym wyzwaniem. Po prostu trzeba je zaakceptować i przez nie przebrnąć.

Dom z liści” to nie jest łatwa lektura. To książka, która potrafi przemielić i pokonać czytelnika, ale jeśli podejmiecie walkę może się okazać, że to tomiszcze jest niezłą przygodą. Świetnie kreowana groza, jest trochę szarpana przez wszystkie wtrącane opisy i analizy przedstawionych wydarzeń, ale ma to swój urok, który albo się spodoba albo nie. Mi się podobało i polecam spróbować.

underluk

GORE

2

STRACH

6

OCENA

8