Frankenstein

Tytuł oryginalny: Frankenstein; or, the Modern Prometheus

Autor: Mary Shelley

Wydawca: Vesper 2013

Rok powstania: 1818

Z klasykami grozy jest tak, że różnie znoszą próbę czasu. I nic w tym dziwnego bo czytelnicy powiedzmy dwieście lat temu mieli trochę inną wrażliwość niż ci współcześni. Nie oznacza to jednak, że dziś do klasyki nie warto sięgać. Są utwory, które doskonale czytało się wtedy jak i dziś. Czy zalicza się do nich “Frankenstein”?


Nie da się ukryć, że jest to powieść zaliczana do tych, które legły u podstaw gatunku. Zresztą każdy z nas zna tę historię. Genialny, ale trochę szalony naukowiec, zszywa z kilku zwłok jedno ciało, które przywraca do życia. Powstały w ten sposób potwór nie mogąc odnaleźć swojego miejsca, sieje strach i zniszczenie. Przynajmniej w filmach, których powstało bez liku.


Literacki oryginał jest subtelniejszy. Zapomnijcie na przykład o pełnej piorunów nocy i ogromnym mechanizmie, za pomocą którego życiodajny pierwiastek wprost z gromu zostaje wtłoczony w martwe ciało by je ożywić. O garbatym pomocniku nawet nie wspomnę. Doktora Frankenstein poznajemy co prawda już w momencie, kiedy jest na granicy swojej wytrzymałości, a całe zło, którego doświadczył, ale do którego także sam się przyczynił jest za nim. Do tego momentu jeszcze wrócimy. Szybko jednak autorka przedstawia nam bohatera o kilkanaście lat młodszego, jako głodnego wiedzy młodzieńca, który czerpie ją z każdego możliwego źródła. W pewnym momencie zaczyna napędzać go pewna idea, która stanie się powodem wszystkich jego smutków. Stworzy potwora. Największy jego sukces, a zarazem największa porażka.


Sam potwór, choć nie cofnie się przed mordem, jest tak naprawdę ofiarą. Jego wygląd zewnętrzny odpycha, ale to on jest tutaj samotną, porzuconą przez swojego stwórcę istotą, która nie jest w stanie i nie ma możliwości zaspokoić swoich podstawowych potrzeb. Pragnie być akceptowany, ale zdaje sobie sprawę, że jedynie jemu podobny stwór może obdarzyć go jakimś uczuciem. Jednak Frankenstein nie zgadza się powołać do życia kobiety na jego podobieństwo.


To nie jest historia o zabijaniu, choć morderstwa tu występują. To nie do końca jest też historia o potworze, choć i potworów mamy tu co najmniej dwóch. I nie wiem który gorszy. To opowieść o potrzebie akceptacji. O poszukiwaniu siebie i konsekwencjach swoich decyzji. To w końcu opowieść o ucieczce i pogoni. Opowieść dziś nadal zaskakująco aktualna, choć na pewno nie wywierając już takiego wrażenia jak w czasach gdy powstała.


A jak wytrzymuje próbę czasu? Zawarte w niej treści cały czas są świeże, ale to dzięki ich ponadczasowemu charakterowi. Gorzej z warstwą literacką. Ogólnie czyta się dobrze, ale zarówno tempo narracji jak i rozwój wypadków jest dość powolny. Całość ma swój niepowtarzalny klimat, ale gdy dotarłem do momentu, kiedy autorka opisuje wydarzenia z punktu widzenia potwora, który w ukryciu obserwuje ludzi, uczy się ich języka i analizuje na swój sposób obserwowane przez siebie wydarzenia to brnąłem przez lekturę tylko siłą woli. Jest to najsłabszy fragment, który nie będę ukrywał, czytało mi się ciężko. Na szczęście nie jest on długi i przy odrobinie samozaparcia udało mi się przez niego przebrnąć.


Wydana przez Vesper książka jest dodatkowo wzbogacona o posłowie Michała Płazy, który jak zwykle w tej roli nie zwodzi oraz pozostałe “dzieła”, powstałe w wyniku wyzwania rzuconego w pewną pochmurną i deszczową noc. Z tamtych historii jeszcze tylko “Wampir” został dokończony, ale nie zyskał takiego uznania jak “Frankenstein” i słusznie zresztą. Fajnie jednak, że czytelnik może się z nimi zapoznać bo w efekcie dostajemy pewną zamkniętą całość, która w jakiś sposób obrazuje nastroje minionej epoki, a zarazem udowadnia, że opowieści o duchach, czy ogólnie historie mające na celu nastraszyć czytelnika, to wcale nie taka łatwa sprawa.


Ale wracając do recenzowanej książki. Jest to lektura, którą spokojnie mogę polecić fanom delikatniejszej grozy, szczególnie w jej klasycznej postaci. Czy trzeba przeczytać? Niekoniecznie. Tę historię z grubsza znają wszyscy, a utrwalona w popkulturze wizja nie różni się znowu jakoś znacznie od tej przedstawionej na kartach powieści. Szczególnie, że ta pierwsza może okazać się bardziej strawna. Mimo wszystko uważam, że papierowego “Frankensteina” warto poznać, a bogate wydanie Vespera, wzbogacone o klimatyczne drzeworyty Lynda Warda będzie najlepszym ku temu środkiem.


 

underluk

GORE

2

STRACH

3

OCENA

7