Gen

Tytuł oryginalny: Slimer

Autor: Harry Adam Knight

Wydawca: Fantom Press 1990 (Phantom Press)

Rok powstania: 1986

 


Bardzo lubię sięgać po książki, po których nie wiem czego się spodziewać. Okładka “Genu” przewijała mi się przed oczami wielokrotnie, ale jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi na to, o czym jest ta historia. Knighta lubię, a skoro recenzowana pozycja wpadła mi w łapki, po zdjęciu jej z kupki “do przeczytania”, która ostatnio nad wyraz pokaźnie mi urosła, nie było na co czekać. I wpadłem.


Grupka bohaterów po tym jak ich jacht zatonął, dryfuje po oceanie w łodzi ratunkowej. Na szczęście prąd znosi ich w okolice platformy wiertniczej, która na pierwszy rzut oka wydaje się być ich wybawieniem. Na drugi już tak słodko nie jest. Miejscówka okazuje się opuszczona, po lokacji w różnych miejscach walają się ubrania z bielizną w środku, a zamiast wierteł, pomp i tego typu zwykłego dla takich budowli sprzętów, znajdują doskonale wyposażone laboratorium. Platforma okazuje się tylko przykrywką dla genetycznych eksperymentów i jak nietrudno się domyślić, z ich efektami przyjdzie zmierzyć się naszym rozbitkom.


W niejednej już recenzji wspominałem, że schemat jakiejś groźnej istoty, która ukrywa się pod ludzką postacią (bywa, że i zwierzęcą), a także potrafi zainfekować nowe obiekty w sposób nie pozwalający zorientować się, który z bohaterów jest zarażony, a który nie, jest jednym z moich ulubionych schematów w kulturze grozy. I z takim właśnie motywem, mamy tutaj do czynienia. Grupa naukowców w szczytnym celu tworzy samolubny gen, który połączony z dna rekina staje się śmiercionośnym zagrożeniem, z którym będą musieli się zmierzyć nasi rozbitkowie. Bo wbrew pozorom, opuszczona platforma wiertnicz wcale nie jest taka opuszczona.


Choć bohaterów zaliczyłbym do sztampowych, to sytuacja w jakiej się znaleźli wciągnęła mnie właściwie od pierwszej strony. Oczywiście to nie jest jakaś głęboka historia, której autor bawi się jakimiś sztuczkami, ale opowiedziana jest na tyle sprawnie, że poznawałem ją z przyjemnością i zaangażowaniem. Jednym postaciom kibicowałem innym nie. Akcja momentami nabiera rumieńców i właściwie nie przypominam sobie momentu, w którym czułbym znużenie. Ale i czasu nie ma na to zbyt dużo, bo całość rozpisana jest na niespełna dwustu stronach. I dobrze. Dzięki temu jest szybko, intensywnie i momentami efektownie.


Nie znaczy to, że nie ma czasu na stworzenie fajnego napięcia. To wyczuwalne jest przez cały czas. Najpierw generuje je sama wydawałoby się opuszczona miejscówka, potem konflikt między bohaterami, który od czasu do czasu daje o sobie znać. Wreszcie mordercza istota, której geneza zahacza o horror klasy B, ale z tej wyższej półki.


Dzięki temu “Gen” to przyjemna lektura, którą miło wspominam i którą spokojnie mogę polecić. Nie jest to wybitna pozycja, ale jeśli szukacie intensywnego horroru, z fajnym pomysłem i nieszczególnie skomplikowaną, ale trzymającą się kupy akcją, w której znajdzie się kilka fajnych zwrotów, łapcie śmiało. Ja się miło zaskoczyłem i książka ląduje wśród moich ulubionych.

underluk

GORE

5

STRACH

6

OCENA

8