Syndrom Riddocha

Tytuł oryginalny: Syndrom Riddocha. Lepszego świata nie będzie. Tom I

Autor: Sylwia Błach

Wydawca: Dom Horroru 2017

Rok powstania: 2017

Nie wiem czy warto i czy roztropnie jest oceniać coś, co jest pierwszym tomem większego cyklu. Jak dużego? Nie wiem. W każdym razie piszę tutaj o “Syndromie Riddocha”, pierwszej części “Lepszego świata nie będzie”, za którym stoi Sylwia Błach. Autorki nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, bo nawet jeśli nie czytaliście żadnej z jej książek, to na pewno trafiliście na jakieś opowiadanie, które rozsiane są po licznych zbiorach, magazynach itp. A jeśli nie, zawsze można nadrobić. W każdym razie, wracając do recenzowanej pozycji możliwe, że sensowniej byłoby poczekać na zakończenie cyklu i dopiero wtedy ocenić go jako całość. Ale co tam. Sprawdźmy, czy warto w ogóle zaczynać.


No dobra. Od razu napiszę, że warto, choć historia niewidomej Jesse, będącej agentką tajnej jednostki Czyścicieli, a jednocześnie efektem nie do końca udanego eksperymentu, nie jest pozbawiona pewnych wad. Ale od początku.


Świat po trzeciej wojnie światowej. Po ziemi biegają zombie, a ich eksterminacją zajmuje się wyszkolona tajna rządowa agencja. Bohaterka jest jej żołnierzem mimo, że jest niewidoma. No prawie. Widzi ruch. Lata wcześniej została poddane eksperymentowi, który miał zrobić z niej super żołnierza, ale w efekcie normalne jej funkcjonowanie okazało się niemożliwe. Jedynym ratunkiem było pozbawienie ją wzroku, co wcale nie zmniejszyło jej potencjału ofensywnego. Teraz wraz z dwójką niedoświadczonych podwładnych wyrusza do rodzinnego kraju (Polski), zbadać trop mogący przynieść odpowiedzi na pytanie: kto był pierwszym zombie? Z pozoru błaha głównie papierkowa misja, ale na miejscu sprawy potoczą się jednak inaczej niż pierwotnie zakładano.


Fabuła osadzona jest w przyszłości, więc nic dziwnego, że na każdym kroku znajdziemy tutaj motywy rodem z science fiction. Broń zespolona z ciałem, ciekawe komunikatory i inne zdobycze techniki to obraz powszechny. Świetnie pod tym względem ukazana jest Polska, jako kraj, który dobrowolnie poddał się pewnej izolacji, ale duże nakłady na rozwój technologii sprawiły, że w świecie stał się lądem mityczny, o którym krążą liczne niepotwierdzone plotki. Niektórych z nich przyjdzie nam doświadczyć. Główna bohaterka jest w porządku, ale wydaje mi się, że dużo traci przez brak wzroku, ale do tego jeszcze dojdziemy. Historia zdołała mnie wciągnąć i z przyjemnością poznawałem kolejne zwroty akcji, których kilka się trafi. Są one całkiem fajnie rozplanowane i potrafią zaskoczyć. Przechodzenie z jednego do drugiego przypomina trochę przebijanie się przez poziomy w grach, co nie jest wadą, a wydaje się nawet zaplanowanym działaniem. I jak to w grach, na końcu czeka boss. Ale cicho sza, więcej nie zdradzę.


Wrócę natomiast do braku wzroku bohaterki. Niestety był to dla mnie największy zgrzyt w tej książce. Jesse widzi tylko ruch. Jak coś się nie rusza, to jest kompletnie niewidoczne. W  normalnym życiu porusza się za pomocą laski, a po swoim otoczeniu za pomocą pamięci i liczby kroków. W nowym miejscu musi być ostrożna i czuje się zdezorientowana. Niby normalne. Gorzej, że gdy walczy, to brak wzroku jej nie przeszkadza. Biega, skacze, fika koziołki i nie czuje żadnego dyskomfortu. Co tam budynki, drzewa, krawężniki, samochody czy prozaiczne kosze na śmieci. Po prostu nie istnieją. Dlatego właśnie uważam, że pomysł z brakiem jej wzroku jest chybiony. Momentami (zbyt licznymi) miałem wrażenie, że autorka zapomniała, że jej bohaterka jest niewidoma. Za to przypominała sobie o tym, gdy było jej to na rękę. Przeszkadzało mi to przez całą lekturę. Ponadto, choć sama wizja świata wykreowana jest nieźle i wydaje się całkiem przemyślana, to brakuje jej trochę takiego geopolitycznego rozmachu. Chodzi mi o to, że w sumie wiemy, że jest Polska (świetnie ukazana o czym pisałem już wyżej) i Nowy Stan, który choć znajduje się na terenie Ameryki Północnej to wydaje się być ograniczony do jednego miasta. A szkoda, bo skoro idziemy już w science fiction z takim lekkim powiewem postapo, to było tu miejsce na ukazanie tego szerzej.


Trochę pomarudziłem, ale nie zmienia to faktu, że “Syndrom Riddocha” to zwyczajnie fajna i warta uwagi lektura. Mało straszna, ale nie brakuje w niej kilku chwil intensywnego napięcia. Jest tu sporo fajnych pomysłów i jeden nietrafiony, ale dający się we znaki. Mimo wszystko wizja świata, technologia i wartka akcja to zdecydowane plusy tej pozycji. Jak będzie dalej? Nie wiem, ale sprawdzę na pewno bo pierwszy tom narobił mi apetytu i czekam na więcej.


 

underluk

GORE

3

STRACH

3

OCENA

7-