Coś na pogu #5

Numer: #5

Piąty numer czasopisma „Coś na progu”, kusi fanów grozy swoją okładką i tematem numeru, którym są tym razem potwory. Roznegliżowana panna w otoczeniu wszelkiej maści potworów, na pewno przyciąga uwagę, ale czy zawartość pisma jest równie zacna?

Po krótkim wstępniaku, zaczyna się danie główne, czyli galeria przerażających istot. Na dzień dobry wita nas potwór z Czarnej Laguny. Jego historia, filmografia oraz wpływ na innych twórców jak i popkulturę nie jest może tak duży jak innych ikon horroru, ale i człekokształtna ryba zasługuje na uwagę. Dalej czeka nas konfrontacja z mitem pięknej i bestii, którego korzeni sięgają starożytności. Zakres i spektrum jego występowania może być zaskakujące. Kolejną postacią w tej mrocznej galerii jest znany ze wszystkich okładek heavymetalowej grupy Iron Maiden – Eddie. Rysunkowa postać, która dziś jest bardziej rozpoznawana niż którykolwiek z członków zespołu. Następnym potworem jest rekin znany z filmu „Szczęki”. Historia filmowego obrazu i problemów z jego produkcją jest interesująca i obfituje w kilka ciekawostek. Kolejnym elementem tej potwornej kolekcji jest komiksowy RanXerox, który sprawia wrażenie jakby nie czuł się najlepiej w otoczeniu takich sław i trochę tu nie pasował. I wydaje mi się, że ma rację, choć postacią jest niewątpliwie ciekawą. Na szczęście już dwie strony dalej czekają na czytelnika przerażające klauny. Ich wygląd i dwulicowość, zapewne nie jednej osobie potrafi napędzić porządnego strachu, a jak dodamy do tego ich występy w licznych horrorach, to w sumie nie ma się, czemu dziwić. Za roześmianymi grubaskami, czeka galeria niezwykłych postaci z filmów Guillermo Del Toro oraz seksowne demonice z japońskich mang i anime. Rodzina Adamsów także znalazła tutaj dla siebie miejsce i nic dziwnego, bo jest z nami już od prawie osiemdziesięciu lat, więc ma sporo do opowiedzenia. Swoje dorzucą także ciekawsze postaci z mrocznej galerii wydawnictwa DC Comics.

W dalszej części magazynu, fanów grozy na pewno zaciekawią artykułu o paranormalnych detektywach czy nazistach straszących z nisko i wysoko budżetowych horrorów. Interesujący jest także artykuł o amerykańskim show Scream Queens, podczas którego wybierano nową królową krzyku. Można dyskutować czy tytuł został nadany słusznie, ale czas pokaże, czy dziewczyny, które wygrały dwie edycje programu, na niego zasługują. Słowianie nie gęsi i swoje żywe trupy mają, a ich historię poznamy z kolejnego artykułu. Wygląda na to, że klimatycznej grozy nie brakuje także w grze mmorpg „The Secret World”, o której także możecie poczytać w piątym numerze „Cosia…”.

Jak w każdym wydaniu i tym razem nie mogło zapragnąć wywiadów i opowiadań. Dzięki temu możemy przeczytać drugą część rozmowy z Thomasem Ligottim oraz przedruk konwersacji z klasykiem, Stefanem Grabińskim , który pierwotnie ukazał się w Głosie Literackim nr 22. Jeśli chodzi zaś o prozę, to możemy zapoznać się z inwazją zombie opowiedzianą z perspektywy psa w opowiadaniu „Riley” Marka Tufo. Tomasz Kaczmarek swoim „Pulp Think” zapozna nas z pewnym potworem zamieszkującym wody jeziora, choć nie będzie to podróż szczególnie porywająca, a Robert E. Howard z kolei przedstawi nam „Kopytne monstrum”. Klimat klasyki i regularne stopniowanie napięcia, to najlepsze cechy tej opowieści.

Fani kryminału też nie zostaną z pustymi rękoma. Kolejnym skandynawskim detektywem, jakiego przyjdzie im bliżej poznać jest pani Malin Fors. Poznają także historię jednej z najbardziej zachłannych kradzieży początku lat dziewięćdziesiątych oraz kolejną część wywiadu z medykiem sądowym. Tym razem czytelnik pozna znaczenie plam pośmiertnych. Są także dwa komiksy oraz felietony Roberta Blocha, Marcina Wrońskiego i Bartosza Czartoryskiego.

Generalnie jest, co czytać, choć przyznam szczerze, że oczekiwałem czegoś więcej. Ja rozumiem, że potwory to obszerny temat, ale wydaje mi się, że można go było ugryźć lepiej. Może zawęzić bardziej gatunkowo, ale za to opisać dokładniej. Jest szansa, żę wtedy nie czułbym niedosytu po skończonej lekturze. Nie zmienia to jednak faktu, że „Coś na progu” cały czas trzyma poziom. Artykuły są ciekawe, czasami dość wyczerpujące, ale ich rozstrzał gatunkowy może sprawiać wrażenie pewnego bałaganu. Przynajmniej na mnie takie wywiera. To oczywiście nie musi być wadą, choć mi trochę przeszkadza.

Ale gdyby ktoś mnie zapytał, czy warto kupić piąty numer „Cosia…”, bez wahania odpowiem, że tak. To świetnie ulokowane niecałe dziewięć złotych.

underluk