Cabin Fever: Patient Zero

Tytuł oryginalny: Cabin Fever: Patient Zero

Reżyseria: Kaare Andrews

Obsada: Jake Wade Wall

Scenariusz: Sean Astin, Jillian Murray, Brando Eaton, Lydia Hearst

Muzyka: Kevin Riepl

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 2014

Cabin Fever: Patient Zero - okładka
Do pierwszej części “Cabin Fever” mam spory sentyment i lubię ten film. Dwójka nie podobała mi się już tak bardzo, ale kilka scen, szczególnie tę otwierającą z autobusem miło wspominam. Co myślę o trójce możecie przeczytać poniżej.

Karaiby, ocean i bezludna wyspa (nie licząc jednego, podobno opuszczonego budynku). Idealne miejsce by spędzić beztroski wieczór kawalerski z grupką przyjaciół. Gdy dwoje z nich pójdzie się wykąpać w morskiej wodzie, a niedługo potem zaobserwują na swojej skórze dziwne zmiany, nie wiedzą jeszcze co ich czeka. Wie to natomiast pewna grupa naukowców, która w odciętym od świata ośrodku bada mięsożernego wirusa i osobę, odporną na bakcyla. Ich drogi, wkrótce się połączą.

Cabin Fever: Patient Zero” nie odpowiada właściwie na żadne pytania, jakie możecie mieć po obejrzeniu dwóch poprzednich części. Chociaż tytuł mógłby na to wskazywać. Owszem, możemy przyjąć (jak ktoś się bardzo uprze), że dowiemy się skąd wirus pochodzi, ale jak powstał to już inna kwestia. A jak się dostał do lasu gdzieś w stanach, to już w ogóle inna historia, chociaż nie wątpię, że scenarzyści jeśli by ich ktoś przycisnął i kazał zrobić powiązanie w przypadku kolejnej odsłony, dali by radę takie wymyślić. Sam mam nawet pewien pomysł, ale to temat na inną dyskusję. Wróćmy do filmu.

Plusem recenzowanego obrazu jest to, że właściwie nie trzeba znać historii z jedynki i dwójki by zrozumieć fabułę. Przynajmniej tę część, którą zrozumieć można, bo scenariusz jest na tyle chaotyczny, że pewne pytania pozostają bez odpowiedzi, a pewne wydarzenia bez logicznego sensu, ale co tam. Ważne, że jak przebrniecie przez początek (wrócę jeszcze do tego) i nie będziecie się mocno zastanawiać nad fabułą, a po prostu ją śledzić, to nawet można się dobrze bawić. Szczególnie, że efekt działania wirusa cieszy oko i to chyba największa zaleta tego filmu. Początkowo zaczerwieniona skóra szybko zaczyna wyglądać coraz gorzej. Rany, wypadające włosy, krwawienia i osłabione kości… to wszystko wygląda spektakularnie, a przynajmniej dwie sceny, pierwsza gdy jedna z postaci strzela z pistoletu, a ręka w której trzyma broń pod wypływem odrzutu mu się łamie oraz druga, gdy dwie kobiety w zaawansowanym stadium choroby walczą ze sobą na plaży, powinny zrobić wrażenie i zostać z widzem na dłużej. Nie, nie pytajcie o sens tych akcji.

Co do początku, to może być nieco ciężko przez niego przebrnąć, bo bohaterowie, przynajmniej w połowie, są jeśli nie kretynami, to postaciami mocno irytującymi. Ja wiem, że ludzie młodzi, ja wiem, że amerykanie, ja wiem, że można mieć lekkie podejście do życia itp. itd., no ale odrobina intelektu nikomu by nie zaszkodziła. Fabularnie jest tak sobie i momentami chaotycznie, ale o tym wspomniałem już wcześniej. Zakończenie jest poniekąd otwarte i pewnie miało zaskakiwać, ale wyszło trochę jak z innej bajki. Nie do końca mi pasowało, ale ok, jestem w stanie je zaakceptować.

W efekcie film choć zawodzi fabularnie, to fani cyklu oraz horrorów o krwiożerczych wirusach, powinni po niego sięgnąć. Jest na czym oko zawiesić bo i dobrze wykonanych efektów gore tutaj nie brakuje (za to jeden punkcik więcej). Atmosfera momentami jest gęsta i tylko bohaterowie mogli by mieć więcej oleju w głowie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.



+ gore
+ efekty specjalne
+ w sumie ogląda się nawet nieźle

- niewiele wnosi do serii
- irytujący bohaterowie
- momentami trochę zbyt chaotyczny

underluk

GORE

7

STRACH

5

OCENA

6