Władca komarów

Tytuł oryginalny: Mansquito, MosquitoMan

Reżyseria: Tibor Takács

Obsada: Christa Campbell, Patrick Dreikauss, Corin Nemec, Velizar Binev, Svilena Kidess

Scenariusz: Michael Hurst

Muzyka: Joseph Conlan , Sophia Morizet

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 2005

Władca komarów - okładka
W USA komary rozprzestrzeniają groźnego dla ludzi wirusa. Szansą na zapobiegnięcie epidemii staje się nowa odmiana owada, odporna na zarażenie, która wyprze obecne gatunki. Przed wprowadzeniem eksperymentalnych komarów do ekosystemu, trzeba jeszcze jednak sprawdzić ich skuteczność na ludziach. Pierwszym testerem ma być seryjny morderca, który po przewiezieniu do laboratorium próbuje ucieczki. Pech chce, że trafia do komory, w której przetrzymywane są genetycznie zmodyfikowane owady, a w wyniku strzelaniny jego kod DNA łączy się z kodem DNA komara. Mężczyzna zaczyna mutować i wstępuje na krwawy szlak w poszukiwaniu partnerki.

Brzmi kiczowato i totalnie niedorzecznie? I takie właśnie jest, ale chyba nikt nie spodziewał się wybitnego filmu pod takim tytułem. Człowiek-komar mutuje bardzo szybko, co nie odbija się zbyt dobrze na jego wyglądzie. Kończyny zamieniają się w odnóża, głowa w aparat gębowy, aż w końcu z pleców wyrastają skrzydła. Jego niepohamowany apetyt na krew (co z tego, że w naturze to samice żywią się krwią) staje się bezpośrednim przyczynkiem do fali zabójstw. Ale nie tylko pożywienie karze mu przeć przed siebie. Drugim czynnikiem, jaki wpływa na nasze monstrum jest chęć rozmnożenia się. Podczas zajścia w laboratorium, również pewna piękna pani naukowiec doznała uszczerbku w swoim genotypie, ale u niej zmiany zachodzą dużo wolniej. Mimo wszystko w końcu dojdzie do pełnej przemiany, a nasz główny oponent tylko na to czeka.

“Władca komarów” jest typowym przedstawicielem telewizyjnej produkcji bez większych ambicji. Efekty specjalne opierają się na takiej sobie charakteryzacji, miejscami kującym w oczy gumowy kostiumie wielkiego komara i słabych efektach komputerowych. Aktorsko jest średnie, ale da się przeboleć. Ba, biorąc pod uwagę słabość scenariusza myślę, że odtwórcom głównych ról należy się nawet uznanie. W końcu nie każdy dałby radę zagrać coś takiego. O głębi fabuły, wyrazistych bohaterach czy zaskakujących zwrotach akcji nie ma co wspominać, bo tych elementów zwyczajnie tutaj nie ma. Wkradło się za to kilka usypiających dłużyzn, które mogą nadwyrężyć dobrą wolę widza.

“Mucha” swego czasu udowodniła, że film o mutacji może być interesujący. Opisywany właśnie obraz umieścił bym na przeciwnym krańcu skali. Po “MosquitoMan” mogą sięgnąć fani horrorów słabych i kiczowatych. Oni powinni znaleźć dla siebie tutaj kilka smaczków. Reszta widzów niech lepiej trzyma się z daleka.

underluk

GORE

2

STRACH

2

OCENA

3