Czarna Śmierć

Tytuł oryginalny: Black Death

Reżyseria: Christopher Smith

Obsada: Sean Bean, Eddie Redmayne, John Lynch, Carice van Houten, Tim McInnerny, Andy Nyman

Scenariusz: Dario Poloni

Muzyka: Christian Henson

Kraj pochodzenia: Niemcy, Wielka Brytania

Rok powstania: 2010

Czarna Śmierć - okładka
W Anglii panuje epidemia dżumy, która zatacza coraz to większe kręgi. W wolnym do tej pory od choroby klasztorze zaczynają umierać także mnisi. Młodego Osmunda poznajemy zamkniętego w celi, w której został uwięziony, gdyż podejrzewano u niego objawy czarnej śmierci. Na szczęście chłopak jest zdrowy i zaraz po wyjściu udaje się do, co ciekawe, swojej ukochanej. Nie mogąc się zdecydować czy zostać wśród braci i dalej służyć Chrystusowi, czy zrezygnować z kapłaństwa i dołączyć do dziewczyny, prosi Boga o znak. Wkrótce w klasztorze zjawia się wysłannik biskupa, który szuka kogoś, kto przeprowadzi go przez bagna. Celem wyprawy jest jedyna wolna od zarazy wioska, w której mieszkańcy zawarli pakt z demonem, porzuciwszy wszelkie dogmaty chrześcijańskiej wiary. Orgie, kanibalizm i nekromancja to tylko niektóre z zarzutów, jakie padają wobec jej mieszkańców. Osmund zostaje przewodnikiem.

Główny bohater przewodzi grupie osobników, którzy choć działają w imieniu dobra i obowiązującego prawa, nie da się powiedzieć by mieli nieskazitelną opinię. Ich cel jest jasny od samego początku. Maszyna, jaką ze sobą mają nie pozostawia żadnych złudzeń. Pojmać nekromantę i widowiskowo rozciąć go od pachwiny po czubek głowy. Trzeba przyznać, że ekipa jest różnorodna i poszczególni jej członkowie mocno się od siebie różnią, co pozwala widzowi wybrać sobie ulubieńców i im kibicować. Grupą śmiałków dowodzi Boromir, czyli Urlic grany przez Seana Beana, który już chyba zawsze będzie kojarzony z rolą we „Władcy Pierścieni”. Szczególnie, kiedy widzimy go w tej samej fryzurze z mieczem u pasa i odzianego w lekką zbroję. Takie już jego przekleństwo.

Ale wracając do „Czarnej śmierci” muszę przyznać, że podobał mi się klimat, jaki udało się tutaj reżyserowi stworzyć. Liczne zwłoki leżące na ulicach, grabarze w charakterystycznych maskach mający pełne ręce roboty, czy co chwilę przechodzący kondukt pogrzebowy, dobrze potęgują i oddają uczucie tragedii i beznadziei, jaka musiała towarzyszyć ludziom żyjącym w tym okresie. Również sama wioska, stanowiąca główny wątek filmu jest odpowiednio niepokojąca, ale wydarzenia, jakie będą miały tam miejsce nie są już szczególnie oryginalne. I myślę, że to może być największą wadą filmu. O ile początek jest interesujący i trzyma fajne napięcie, tak z momentem wkroczenia bohaterów do osady, robi się trochę przewidywalnie i bardziej sztampowo. Nadal miło się to ogląda, ale może wkraść się pewne poczucie zawodu.

Muzycznie i aktorsko jest poprawnie. Niektórzy grają bardzo sugestywnie, ale nie da się tego powiedzieć o wszystkich. Szczególnie zawodzą tutaj role kobiece, których odtwórczynie wypadają średnio, ale też wiele z nich nie ma istotnych ról, więc da się to jakoś przeboleć. Za to postacie męskie wypadają, co najmniej dobrze, choć i tutaj znajdą się wyjątki. Momentami mógłbym się przyczepić do pracy kamery, ale niektóre ujęcia spokojnie zrekompensowały mi te wady.

To, dla czego po „Czarną śmierć” warto sięgnąć, to klimat oraz tajemnica wisząca nad opowieścią. Te elementy najmocniej wybijają się podczas seansu i skutecznie trzymają widza przy filmie do samego końca. Wszystko inne wydaje się być podporządkowane tym dwóm składnikom i doskonale potęgują ich wymowę. Myślę, że seans dla nikogo nie będzie czasem straconym.

underluk

GORE

5

STRACH

4

OCENA

7