Bez litości

Tytuł oryginalny: I spit on your grave

Reżyseria: Steven R. Monroe

Obsada: Sarah Butler, Chad Lindberg, Daniel Franzese, Tracey Walter, Rodney Eastman

Scenariusz: Stuart Morse, Meir Zarchi

Muzyka: Corey A. Jackson

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 2010

Bez litości - okładka
Remeaki, plaga trapiąca scenę horroru od jakiegoś czasu, zdaje się nie przemijać. Wiele z tych produkcji ze swoimi poprzednikami ma tak naprawdę niewiele wspólnego i spokojnie mogłoby być sequelami. Ale z marketingowego punktu widzenia, nowa wersja klasyku brzmi lepiej. Pół biedy, kiedy taką produkcję da się jakoś oglądać, a niestety nie o wszystkich tego typu tworach da się to powiedzieć. Na szczęście przypadek, jakim się teraz zajmę jest zdecydowanie udanym obrazem.

Młoda pisarka przyjeżdża na wieś, do wynajętego domku nad jeziorem, gdzie zamierza pracować nad książką. Malownicza, cicha i spokojna okolica, wydaje się miejscem idylliczny i być może takim jest rzeczywiście. Niestety nasza bohaterka pozna też inną stronę odludzia. Grupa miejscowych mężczyzn dokona na niej brutalnego gwałtu. Jednak kobieta cudem zdoła wyrwać się z rąk sadystycznych oprawców i powróci by się zemścić.

Jeżeli ten opis, wydaje się komuś podobny do tego, jaki zamieściłem przy recenzji „Pluję na twój grób” z 1978 roku, to bardzo dobrze. Powodem tego jest fakt, że nowa wersja tamtego filmu, faktycznie jest jego nową wersją, czyli dostajemy prawie tą samą historię w nowej szacie. Dlaczego prawie tą samą. Otóż, o ile fabuła i ogólny plan filmu jest identyczny, to ta produkcja różni się pewnymi szczegółami od swego pierwowzoru. Przede wszystkim w gwałt zamieszana jest nowa postać, wszystko rozgrywa się w nieco inny sposób, a zemsta bohaterki jest dużo bardziej widowiskowa. To wszystko sprawia, że „Bez litości” mimo znajomości filmu sprzed ponad trzydziestu lat, nie nudzi i cały czas zaciekawia.

Chociaż nie da się ukryć, że seans do najprzyjemniejszych nie należy. Najpierw czeka widza krótkie zawiązanie akcji, a potem długa scena zbiorowego gwałtu. Scena brutalna, psychicznie męcząca i bezkompromisowa. Ogląda się ją naprawdę ciężko i pamięta długo. Potem nasza bohaterka wraca się mścić i film podobnie jak oryginał, przemienia się w slasher. Zabójstwa są pomysłowe i widowiskowe. Powiedziałbym nawet, że jedne z ciekawszych, jakie miałem ostatnio okazję podziwiać.

Film od strony technicznej jest wzorowy. Aktorzy spisują się bardzo dobrze, kamera nie ucieka, a akcja trzyma w napięciu i nie nudzi. Niestety wkradło się także kilka rys na tym szkle, ale można na nie przymknąć oko. Chociaż o największej luce fabularnej wypada wspomnieć. Chodzi o czas, jaki dzieli udaną ucieczkę naszej bohaterki, a jej powrót. Nie wiemy o nim nic. Ani, co się z nią w tym czasie działo, ani ile czasu tak naprawdę upłynęło. O ile w oryginale było to dokładnie ukazane, tak tutaj jest to wielka niewiadoma. Jednak jestem ją w stanie twórcą wybaczyć.

Odświeżona wersja „Pluję na twój grób” jest filmem moim zdanie bardzo dobrym. Zdecydowanie brutalniejszym niż pierwowzór i ogląda się go znacznie lepiej, co nie znaczy, że przyjemnie. W końcu tematyka miła nie jest. Zdecydowanie lepiej dziś sięgnąć po remake tej produkcji.

underluk

GORE

7

STRACH

5

OCENA

8