Lords of Salem, The

Tytuł oryginalny: Lords of Salem, The

Reżyseria: Rob Zombie

Obsada: Sheri Moon Zombie, Bruce Davison, Sid Haig, Dee Wallace, Ken Foree

Scenariusz: Rob Zombie

Muzyka: Griffin Boice , John 5

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 2012

Lords of Salem, The - okładka
Rob Zombie po „Domu 1000 trupów”, „Bękartach diabła” i odświeżeniu „Halloween”, zabiera się za temat iście amerykański w postaci wiedźm z Salem. Gdy w Europie między XV, a XVII wiekiem płonęły na stosach wszelkiej maści czarownice, Ameryka nie mogła pozostać gorsza. Najgłośniejszym procesem za oceanem był właśnie ten w Salem.

Ale prawdy historycznej próżno w filmie szukać. Dziś tytułowe miasto wygląda na normalną miejscowość, gdzie życie toczy się własnym rytmem. To tutaj mieszka Heidi, DJ-ka w miejscowym radio, która pewnego dnia otrzymuje tajemniczą płytę, zapakowaną w drewniane pudełko. Niby nic dziwnego, w końcu każdy zespół muzyczny chce wypłynąć, a puszczenie jego muzyki w rozgłośni jest szansą dotarcia do szerszego odbiorcy. Nagranie jednak jest dość niezwykłe. Monotonna muzyka, składająca się z kilku zapętlonych dźwięków dziwnie wpływa na naszą bohaterkę oraz najwyraźniej kilka innych słuchaczek. Wbrew pozorom, diabeł cały czas dobrze czuje się w Salem i ma tutaj sporo grono swoich wyznawczyń, które pragną narodzin jego syna.

Czarownice są ciekawym tematem na horror, ale trudno wyjść tutaj z pewnego schematu. Stare kobiety, kult szatana i nagie tańce. To chyba pierwsze skojarzenia, które się nasuwają. I Zombie z nich korzysta na potęgę. Najlepiej wypadają retrospekcje. Są one nakręcone bez zbędnego tła, tak jakbyśmy oglądali to w teatrze, gdzie z tyłu sceny nie ma żadnych rekwizytów tylko czerń. Efekt jest całkiem klimatyczny. Gorzej wypadają sceny osadzone w współczesności, które rozbite właściwe między budynek, w którym mieszka bohaterka, a studio, w którym pracuje, tworzą atmosferę swego rodzaju kameralności. Z jednej strony skutkuje to poczuciem duszności i pewnego przytłoczenia, ale z drugiej jest także pretekstem dla wkradającej się nudy.

Twórcy starają się straszyć widza dosyć klasycznie. Najczęściej jakąś zjawą, która pojawia się gdzieś w tle. Nie oznacza to, że nie ma tutaj udanych scen. Kilka straszniejszych momentów się trafi, a mi do gustu najbardziej przypadł fragment, kiedy bohaterka wchodzi do podobno pustego pokoju na końcu korytarza. Wnętrze jest ciemne, rozświetlone tylko czerwonym blaskiem neonowego krzyża. Po chwili… nie tego nie zdradzę, ale przyznam, że to chyba mój ulubiony moment w tym filmie. Nieźle wypada też scena, gdy diabeł staje przy łóżku Heidi. Szkoda, że podobnych momentów nie ma więcej.

Na pochwałę zasługuje kamera, która nie ucieka. Efekty specjalne momentami zawodzą. Niekiedy wypadają strasznie groteskowo i zamiast straszyć śmieszą. Wystarczyć wspomnieć scenę, kiedy bohaterka staje pierwszy raz oko w oko z diabłem. Aktorstwo jest średnie i obsada nie zawsze się sprawdza. Za to muzykę zaliczam na plus. Motyw przewodni jest niezły i niepokojący.

Film z jednej strony jest dość bezkompromisowy, bywa mroczny i momentami charakteryzuje się duszną atmosferą. Jednak jako całość wypada średnio. Fabuła nie zaskakuje, a do tego momentami się nie klei. Bohaterka nie porywa. Całość jest nierówna, momentami nudna, choć kilka mocniejszych akcentów się trafi. I to tylko dzięki tym ostatnim jest taka ocena, jaką widzicie poniżej. Generalnie Rob Zombie wydaje się być w gorszej formie i wypuścił średniaka.

underluk

GORE

3

STRACH

4

OCENA

5