Brightburn: Syn ciemności

Tytuł oryginalny: Brightburn

Reżyseria: David Yarovesky

Obsada: Elizabeth Banks, David Denman, Jackson A. Dunn, Matt Jones

Scenariusz: Brian Gunn, Mark Gunn

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 2019

Brightburn: Syn ciemności - okładka

A co gdyby Superman zamiast bohaterem został złoczyńcą? Takie pytanie zdają się zadawać twórcy filmu “Brigtburn: Syn ciemności”. I choć za alter ego Clarka Kenta nie przepadam to komiksy, nawet te superbohaterskie lubię i zwyczajnie byłem ciekaw, co z tego wyniknie.


A dlaczego nawiązuję do Supermana? Bo bohater (antybohater właściwie) podobnie jak syn Kryptona spada na ziemię z kosmosu jako bobas i trafia pod opiekę pewnego małżeństwa. Z czasem okazuje się, że włada nadludzką siłą i szybkością, potrafi latać, a z oczu emituje promienie, które z łatwością przecinają stal. Robi sobie pelerynkę. Różnica jest taka, że ma też maskę i słyszy głos z kapsuły, którą przybył na Ziemię, który każe mu przejąć kontrolę nad światem. I podąża za tym wezwaniem.


Wkrótce okaże się, że właściwie nikt nie jest w stanie stawić mu czoła, w związku z czym jego opiekunowie, nawet jak ogarną co się dzieje, niewiele są w stanie zrobić. Czy świat stanie na granicy zagłady?


Tego się nie dowiemy, bo film jest dosyć kameralny. Cała akcja dzieje się na jakimś wypizdowie, gdzie zaludnienie jest niewielkie, a co za tym idzie, nasz młody złoczyńca zbytnio sobie nie poszaleje. Oczywiście nie jest to żadną wadą, a nawet tak ograniczone okoliczności dają okazję do kilku efektownych scen. Podobała mi się szczególnie ta ze szczęką. Warto wspomnieć, że jak na film superbohaterski “Brightburn: Syn ciemności” jest dość krwawy. Daleko mu do klasyki gore, ale twórcy na siłę nie łagodzili przedstawianych scen i stąd też ostatecznie film dostał kategorię wiekową R. I fajnie.


Groza w recenzowanym obrazie generowana jest głównie przez napięcie związane z obecnością chłopca. Ten w przebraniu okazuje się niepowstrzymanym mordercą, a bez pelerynki i maski choć początkowo wydaje się sympatycznym dzieciakiem, szybko okazuje swoje socjopatyczne oblicze. I nie, nie wyrywa muchą skrzydełek, a pająkom odnóży, ale za to nie okazuje emocji tam, gdzie powinien. Widać zresztą, że interpretacja stanów emocjonalnych nie jest jego mocną stroną, co samo w sobie szybko budzi podejrzenie rodziców, co do jego mentalności, ale nie szczególnie wpływa na ich działanie.


To co wypada słabiej to główny bohater, który przez większość filmu jest mało wyrazisty i popisuje się raptem dwoma grymasami twarzy. A właściwie bezgrymasami bo jego mimika jest bardzo ograniczona. Trochę tu staroszkolnego budowania napięcia świecącymi oczyma (na szczęście nie fluorescencyjnymi kolorami), czy czerwonawą poświatą. Bohaterowie czasem miotają się bez celu, a niektóre sceny są mocno naciągane.


Brightburn: Syn ciemności” w ogólnym rozrachunku wypada dosyć przeciętnie. Fajna koncepcja nie do końca rozwija tutaj swoje skrzydła. Jest całkiem krwawo, ogląda się nawet przyjemnie, ale brakuje większej dawki grozy. Jeśli lubicie filmy o superbohterach można sięgnąć. Zawsze to jakaś odmiana od nieskazitelnych postaci w rajtuzach. Jeśli nie, odejmijcie sobie punkcik od ogólnej oceny i sami zdecydujcie, czy dacie filmowi szansę. Nie jest źle, ale mogło być lepiej.

underluk

GORE

5

STRACH

3

OCENA

6