Christine

Tytuł oryginalny: Christine

Reżyseria: John Carpenter

Obsada: Bill Phillips

Scenariusz: Keith Gordon, John Stockwell, Alexandra Paul, Harry Dean Stanton

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 1983

Christine - okładka

Gdy za ekranizację Stephena Kinga bierze się ktoś taki jak John Carpenter, oczekiwania należy mieć wysokie. Do takiej sytuacji doszło w 1983 roku, a powieścią, która została przeniesiona na ekran była „Christine”.


Fabułę można streścić w kilku słowach. Gdy dójka przyjaciół przypadkowo dostrzega stary samochód na sprzedaż, nie wiedzą jeszcze, że to początek końca. Jeden z nich od razu zakochuje się w aucie i mimo sprzeciwu drugiego, postanawia grata kupić. Bo nie ukrywajmy, przywrócenie sprzętu do błysku wymagało będzie sporo pracy. Ale jak się wkrótce okaże, samochód ma swoje plany i nie potrzebuje kierowcy by jeździć. I zabijać.


To co jako pierwsze rzuca się w oczy to reżyseria. Mam jakieś dziwne wrażenie, że dziś już tak się nie robi filmów, a szkoda. Praca kamery, sposób opowiadania historii i wszystko, co widać w kadrze, to mistrzostwo. Nawet jak na ekranie dzieje się nie wiele, nie czuć tutaj nudy.


Choć „Christine” jest opowieścią o nawiedzonym samochodzie, to ważnym wątkiem jest tutaj także przyjaźń. Nabywca auta z czasem z pospolitego, nieco nieporadnego gościa, staje się typem samotnika, który jest w stanie wyrwać najładniejsza dziewczynę w szkole. Jednocześnie jego kontakt z kumplem, z którym po raz pierwszy trafili na auto, staje się słabszy. Jasne, nadal się od czasu do czasu widują, ale wyraźnie narasta między nimi napięcie.


Wydaje się, że całą uwagę chłopaka pochłania samochód. Maszyna stawiana jest ponad przyjaciół, rodzinę, a także dziewczynę. To „Christine” tutaj rządzi. Wyraźnie wpływa na charakter swojego nabywcy i nie lubi konkurencji. A szybko przekonamy się, że nie jest zwykłym bezdusznym kawałkiem złomu, a zazdrosnym i żądnym krwi mordercą. Tak, auto zabija. Wybiera utwory w radio, kiedy chce potrafi blokować drzwi, a z czasem nawet się regeneruje. Można by powiedzieć, że ma duszę, ale zdecydowanie czarną.


Same morderstwa bywają widowiskowe i całkiem pomysłowe, choć można oskarżyć je o pewną naiwność. W końcu gdy uciekasz przed samochodem to nie biegniesz cały czas przed siebie ulicą, prawda? No właśnie, a niektórzy tutaj tak robią.


Film oglądało mi się bardzo dobrze. Szybko wciągnąłem się w historię, a tę przecież już znałem. Za dzieciaka już to oglądałem, a i książkowy oryginał nie jest mi obcy. Mimo to momentalnie wsiąknąłem i nie mogłem się oderwać. Przynajmniej początkowo, bo później przyszedł taki moment, że czułem już lekkie znużenie. Wynika to z faktu, że twórcy wyciągnęli wszystkie asy z rękawa, wiadomo już co się święci, a pewne motywy powtórzone są po raz enty. Nie są to jednak wielkie wady, na które spokojnie można przymknąć oko i cieszyć się opowieścią. A ta ładnie się rozwija i okraszona jest niezłymi efektami specjalnymi. To jak tytułowy samochód się odbudowuje po solidnym rozwaleniu, nawet dziś cieszy oko. Szczególnie, że nie użyto tam efektów cyfrowych.


Christine” to udana ekranizacja. Jeśli lubicie prozę Stephena Kinga i filmy, podczas oglądania których czuć swąd palonej gumy i zapach benzyny, to jesteście w domu. Warto sięgnąć.

underluk

GORE

3

STRACH

4

OCENA

7