Candyman

Tytuł oryginalny: Candyman

Reżyseria: Nia DaCosta

Obsada: Yahya Abdul-Mateen II, Teyonah Parris, Nathan Stewart-Jarrett, Colman Domingo

Scenariusz: Jordan Peele, Win Rosenfeld, Nia DaCosta

Kraj pochodzenia: USA

Rok powstania: 2021

Candyman - okładka

Candyman” z 1992 roku najwyraźniej się już zestarzał, więc ktoś uznał, że należy go odświeżyć. Ku chwale i pamięci obecnych czasów. Niestety. Ale nie jest tak źle, jakby z tego jednego słowa mogło wynikać.


Czarnoskóry artysta dowiaduje się o pewnej legendzie, która podobno wydarzyła się w dzielnicy dla afroamerykanów, która dziś zmieniła nieco swoje oblicze. Ziarno zostało zasiane. Wena nadeszła. Nasz bohater poczytał, poszperał i prawie już zapomniany mit, wyciągnął na światło dzienne. Obrazy malują się błyskawicznie, a performance układa się sam. Informacja idzie w świat. Ludzie zaczynają wypowiadać przed lustrem pięciokrotnie imię “Candyman”... i giną.


Tak, rdzeń pozostał niezmieniony. Nadal mamy czarnoskórego nadnaturalnego mordercę z hakiem zamiast ręki. Odzianego w charakterystyczny płaszcz. Są też pszczółki, krew i wątki o segregacji rasowej. Tylko, że trzydzieści lat temu wplecione były one lepiej. Ale dziś rasistowskie podteksty to za mało, więc trzeba dorzucić jeszcze homofobię. A jakże. I żeby nie było. Nie przeszkadzają mi takie motywy. Wcale. Przeszkadza mi tylko wpychanie ich na siłę. Po to tylko, żeby można było odhaczyć na checkliście kolejną pozycję. Takie czasy.


Może to czas zacząć pisać bezosobowo. Mogłobym przytoczyć wiele… Dobra, koniec. Takie rzeczy to w CD-Action. Wróćmy do filmu.


Nowy “Candyman” momentami chętnie sięga do oryginału. Sama fabuła w dużym stopniu wywodzi się z wydarzeń przedstawionych w tamtym filmie, by rozwinąć je na swój sposób. Może mało skomplikowanie, ale dosyć charakterystycznie. Jest tu parę małych scen, które mają swoje konsekwencje w późniejszym czasie. Nawet to przemyślane.


Ale “Candyman” to też tytułowa postać. Jej legenda i sposób wywołania nie zostały zbytnio zmienione. Zmieniony został za to Tony Todd. I jeśli kojarzycie oryginał, to nowy aktor nie przypadnie wam do gustu. Jest płaszcz i jest hak. Ale cały czas miałem wrażenie, że czegoś jednak brakuje. Pod koniec jest za to pewien akcent, gdy magia powraca.


Narzekać nie można za to na warstwę gore. Krew leje się chętnie, a same brutalne sceny są odpowiednio mocne i całkiem klimatyczne. Jest na czym zawiesić oko. Tak samo jak w momentach gdy w tle pojawia się tytułowy morderca, lub gdy w ten czy inny sposób dręczy naszego bohatera. Atmosfera bywa gęsta.


Obsada generalnie wywiązuje się ze swojego zadania, ale brakuje tu jakiegoś błysku. Wszystko jest po prostu poprawne.


Choć wcześniej napisałem, że scenariusz nawet jest przemyślany, to ma jednak momenty, które musimy wziąć na wiarę. Np. bohater ma ranę na ręce, która z każdą chwilą wygląda coraz gorzej. Ale jak widać, nawet w filmie prawdziwi mężczyźnie nie idą z niczym do lekarza. Na tyle mało to wiarygodne, że zwyczajnie przeszkadza. Nikt nawet nie zapyta o ranę, a ta jątrzy się, ropieje i wygląda jakby miała zaraz odpaść cała ręka. Luzik.


Candyman” nie jest złym filmem. Podobał mi się ogólny klimat i sceny gore. Na plus zaliczam też odniesienia do oryginału oraz momenty z mordercą w tle. Fabuła jest w porządku. Ma swoje lepsze akcenty i kilka słabszych pomysłów. Nie podoba mi się wciśnięty na siłę wątek homofobiczny, a motyw segregacji rasowej choć w tej historii jest naturalny, to jednak trzydzieści lat temu został rozegrany lepiej. Mimo wszystko, film w moim mniemaniu wart jest zobaczenia.

underluk

GORE

5

STRACH

4

OCENA

6