Sanato

Tytuł oryginalny: Sanato

Autor: Marcin Szczygielski

Wydawca: Instytut Wydawniczy Latarnik 2014

Rok powstania: 2014

Gruźlica była kiedyś uznawana za chorobę biedoty, choć dotykała nie tylko ludzi biednych. Wywoływana przez prątki gruźlicy, na początku XX wieku zbierała śmiertelne żniwo wśród zarażonych. Chorzy z zasobniejszym portfelem mogli poddać się kuracji w sanatoriach, które rzadko były skuteczne, ale dawały przynajmniej cień szansy na sukces.

Nina Ostromęcka wraz z mężem pada ofiarą gruźlicy. W celu poprawienia swojego stanu zdrowia, małżeństwo melduje się w Sanato, luksusowym sanatorium pod Zakopanem. Kolejne zabiegi nie przynoszą zadowalających efektów, ale na horyzoncie pojawia się nowa szansa w postaci młodego niemieckiego lekarza, który wraz z narzeczoną przybywa do uzdrowiska ze swoją rewolucyjną, (choć jeszcze eksperymentalną) metodą leczenia. Mieszanka złota i metali ciężkich wydaje się być skuteczna, prątki gruźlicy zostają odizolowane, ale pojawiają się także pewne efekty uboczne. Wkrótce pacjenci doktora Dreslera przeżyją prawdziwy horror.

Marcin Szczygielski jest doświadczonym pisarzem, więc nie powinno nikogo dziwić, że „Sanato” czyta się przyjemnie. Nieźle nakreślona grupa charakterystycznych bohaterów daje się lubić, a fabuła pełna jest małych smaczków, które sprawiają, że z zaciekawieniem śledzi się losy bohaterki i jej towarzyszy. Opowieść jest kompletna, przemyślana i stanowi solidną całość, a jej dodatkowym atutem jest czas osadzenia akcji (dwudziestolecie międzywojenne), który nieźle pogłębia atmosferę i daje jej lekki sznyt starej szkoły.

Dodatkowym plusem jest oparcie fabuły na prawdziwych wydarzeniach… no przynajmniej do pewnego stopnia. Sanato faktycznie istnieje, choć dziś jest opuszczone, a bohaterowie to autentyczni byli pacjenci. Na końcu książki znajdziemy ich zdjęcia, krótkie życiorysy i skany dokumentów, które sprawiają, że na całość patrzy się z nieco innej perspektywy.

Jednak żeby nie było tak różowo, przyczepię się do trzech rzeczy. Po pierwsze, pierwsza połowa książki trochę się dłuży. Nina kręci się po sanatorium, spotyka z pacjentami, przechodzi kolejne zabiegi i tylko od czasu do czasu napięcie na chwilę wzrasta. Z jednej strony pozwala to czytelnikowi lepiej poznać ją samą, jaki i jej otoczenie, ale z drugiej, momentami trochę męczy. Bywają tutaj ciekawsze momenty i kilka mocniejszych uderzeń, ale mimo wszystko czułem lekki niedosyt. Druga sprawa to wątek przekształconej nazwy ośrodka, który w pewnym momencie wypływa, ale potem jakby zostaje zapomniany. No i ostatnia rzecz, która może wydawać się pierdołą, ale w jednym przypadku psuje nieco przyjemność z lektury. Mam na myśli tytuły rozdziałów, którym zdarza się czasem zbyt dużo zdradzić.

Niemniej nie zmienia to faktu, że „Sanato” to pozycja godna polecenia. Marcinowi Szczygielskiemu udało się stworzyć powieść kompletną, pełną ciekawych postaci i interesujących wydarzeń, w której napięcie rośnie wprost proporcjonalnie do liczby przewróconych kartek. Pełną onirycznych wizji rodem z koszmaru i gdy trzeba, bezkompromisowej brutalności. Mnie się podobało. Książkę polecam każdemu, kto lubi historie o duchach, opętanych szpitalach psychiatrycznych (bądź sanatoriach) i tym podobne klimaty.

underluk

GORE

6

STRACH

6

OCENA

8