Wyspa zombie

Tytuł oryginalny: Zombie Nation

Autor: Øystein Stene

Wydawca: Zysk i S-ka

Rok powstania: 2015

Zombie. Temat eksploatowany bardziej niż kobiety w kinie eksploatacji. Szczególnie w ostatnim czasie, kiedy zalewa nas fala filmów, gier, książek czy seriali, ciężko znaleźć w tym temacie coś oryginalnego. Coś świeżego, choć paradoksalnie tematyka ze świeżością się nie kojarzy. Jednak Øystein Stene zdołał ugryźć temat z innej strony.

Wyspa zombie” to mocno nietypowe ujęcie tematyki żywych trupów... z punktu widzenia żywych trupów (tak wiem, były już takie próby). Główny bohater odzyskuje przytomność w miejscu, którego nie zna. Jest nagi, sztywny i nic nie pamięta. Okazuje się, że trafił do Labofnii, odciętej od świata wyspy, która jest ojczyzną takich jak on. Zmarli, żywi zmarli, po prostu tutaj się pojawiają. Nikt nie wie skąd, dlaczego, ani kim są. Zabić się ich nie da, a z czasem ich liczba rośnie, co stwarza realne zagrożenie dla krajów ościennych, które chronią co prawda bezkresne wody Atlantyku, ale dla nieśmiertelnych nie jest to przeszkoda nie do pokonania. Wiedza o wyspie jest ściśle tajna i wiedzą o niej tylko nieliczni. Nie zmienia to jednak faktu, że problem narasta.

Całość podzielona jest na dwie części. Jedna, krótsza w formie krótkich notek między rozdziałami, przedstawia istnienie wyspy i jej mieszkańców oraz samej mitologi zombie w nieco szerszym kontekście. To tutaj poznamy stosunek różnych rządów do tego zjawiska, sposoby radzenia sobie z nim i postępowania względem jego mieszkańców na przestrzenie wielu dziesięcioleci. Druga część to nowe życie bohatera. Jego przystosowanie się do nowej sytuacji, środowiska i pracy. Relacje z innymi mieszkańcami Labofnii oraz osobiste przemyślenia na ten temat. Wreszcie pewien spisek, konspiracja i konieczność dokonania trudnego wyboru.

Całość czyta się dobrze, ale trzeba się przyzwyczaić do sposobu narracji oraz bohatera. Przyznam, że początkowo nie szło mi to najlepiej i musiało minąć kilkadziesiąt stron bym oswoił się z klimatem tej powieści. Gdy już do tego doszło, lektura stałą się przyjemniejsza.

Na plus na pewno należy zaliczyć pewien chłód narracji, który jest chyba pewnym znakiem rozpoznawczym skandynawskich pisarzy. Ciężko mi to określić, ale jeśli czytaliście np. Lindqvista to myślę, że wiecie, o co mi chodzi. Samo wcielenie się w żywego trupa też wypada całkiem nieźle, szczególnie, że fabuła ma tutaj z jednej strony nutkę historii szpiegowskiej, a z drugiej lekko orwellowskie zacięcie prosto z roku 1984. Delikatne bo delikatne, ale zawsze. Sama wyspa i jej historia też jest godna uwagi. Generalnie opowieść potrafi zainteresować, a kilka niezłych pomysłów skutecznie podtrzymuje zaciekawienie lekturą.

A co nie domaga? Horror. Zresztą ciężko jest mi tą książkę horrorem w ogóle nazwać. Owszem mamy tutaj zombie, ale nie są to takie łaknące ludzkiego mięsa potwory, a raczej targane życiowymi rozterkami jednostki szukające swojej tożsamości, które nie do końca są w stanie znaleźć sobie miejsce w swoim życiu nieżyciu. I to jest największy zarzut ze strony fana gatunku. O typowym horrorze raczej zapomnijcie, chociaż groza czasami tu i tam nieco z kart wyziera, to mamy tutaj do czynienia bardziej z mrocznym dramatem. Choć i ten powinien znaleźć swoich zwolenników.

Wyspa zombie” to dosyć oryginalna pozycja na naszym rynku i sięgnięcie po nią nie powinno być dla nikogo wielkim zawodem. Myślę, że jak będzie okazja, warto samemu sprawdzić czy taka historia Wam odpowiada. Osobiście nie powiem bym był zachwycony, ale w ogólnym rozrachunku całość wypada całkiem nieźle.

underluk

GORE

3

STRACH

4

OCENA

7