36

Tytuł oryginalny: 36

Autor: Tomasz Drogokupiec

Wydawca: Radwan 2011

Rok powstania: 2011

Grupa młodzieży po trzytygodniowym obozie we Włoszech musi wrócić do domu. Okres zabawy, przyjemności i błogiego lenistwa dobiega końca, a przed nimi długa droga do Londynu. Nikt nie podejrzewa jak długa. Na autostradzie prowadzącej do granicy autokar zatrzymuje się w korku, jednak zabrany po drodze autostopowicz skłania przewodnika do zmiany trasy i pokazuje alternatywną, zapomnianą i mało uczęszczaną drogę. Niestety, w głębi lasu dochodzi do tragicznego wypadku i pojazd stacza się ze zbocza. Przeżywa tylko dziewiątka pasażerów, ale wbrew pozorom to dopiero początek horroru, jaki ich czeka. Gdyby tylko ominęli pewną leśną polanę, może wtedy sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Jednak obraz domku otoczonego zielenią, w sytuacji, gdy powoli zapada zmrok, a poobijane ciała marzą tylko o chwili odpoczynku, jawi się niczym od dawna wyczekiwana szansa na chwilę ukojenia. Czy ktoś zdoła się uratować ze śmiertelnej pułapki, w którą turyści właśnie weszli?

Sięgnąwszy po książkę i zobaczywszy wiek autora (rocznik ’94) nie byłem pewien, czego się spodziewać. No, bo czy tak młody człowiek zdoła mnie przestraszyć? Czy udowodni, że potrafi dobrze opowiedzieć prawie czterystustronicową historię i przytrzymać mnie przy niej do końca, a dodatkowo nie zamęczyć swoim warsztatem literackim? Nie ukrywam, że przed lekturą miałem spore obawy.

Pierwszym zaskoczeniem był sposób opowiadania historii. Tutaj muszę przyznać, że Tomasz Drogokupiec mimo młodego wieku, pisze dobrze. Książkę czyta się płynnie i przyjemnie. Sam warsztat pisarski ma opanowany nieźle i potrafi go wykorzystać. Chodzi mi tutaj o sprawy czysto techniczne (może nawet bardziej gramatyczne), bo fabuła to jednak trochę inna bajka. W każdym razie podczas lektury czuć lekkość pióra, co bardzo ułatwia czytanie i wciągnięcie się w opowiadane wydarzenia.

A jak wypada sama historia? No tutaj jest już trochę gorzej, choć muszę przyznać, że początek zapowiada apetyczny kąsek. Poznajemy bohaterów i relacje, jakie między nimi panują. Mamy szansę wyrobić sobie o nich zdanie i zdecydować, komu będziemy kibicować, a kogo ewentualny brak przeżyjemy. Od razu poznajemy sporą ilość postaci, co początkowo rodzi lekki chaos, ale szybko ich liczba zostaje drastycznie zredukowana, a wydarzenia przenoszą się na polanę. Jednocześnie autor wprowadza nowych bohaterów w postaci rodziny zaginionych oraz naukowców, policjantów i kilku przypadkowych ludzi, którzy mogą pomóc odnaleźć dzieci. Wprowadza, a potem pozostawia samych sobie. Dużo elementów tutaj się nie klei. Pełno jest zbiegów okoliczności, a wiele wydarzeń jest po prostu mocno naciąganych, momentami nawet nieprawdopodobnych. Jako przykład niech posłuży pewien właściciel restauracji, który sam będąc Brytyjczykiem bierze swoich rodaków za amerykanów, a po udzieleniu im istotnych informacji zostaje zupełnie z czapy przejechany przez samochód. I nic się za tym nie kryje. Ot, taki losowy wypadek. W końcu przecież nieszczęścia chodzą po ludziach. Historii nie pomagają także słabe sylwetki bohaterów. Nasi uwięzieni są jednowymiarowi i o ile postaci męskie są jeszcze jakoś zróżnicowane, to kobiety całkowicie mi się zlewały. Do tego stopnia, że po skończonej lekturze mógłbym skojarzyć po imieniu tylko jedną z nich.

A ile w „36” jest horroru? Nawet sporo. Mamy kilka scen, które mogą przypaść do gustu zarówno fanom krwistych widoków, jak i tym nastawionym na doznania bardziej klimatyczne. Sam opis wypadku jawi się dość makabrycznie, a dalej jest już tylko lepiej. Pająki pod skórą, amputacje, rozczłonkowanie, rozrywanie, ludzkie pochodnie i wiele innych atrakcji czeka tutaj na czytelnika, który zechce poznać niecne plany polany. Polany, w której przeznaczenie niestety jest równie trudno uwierzyć, jak i w skuteczność takiego rozwiązania, z jakim się na niej spotkamy. O co chodzi? Dowiecie się jak, sięgnięcie po tę pozycję.

No i dochodzimy do momentu, kiedy należałoby wydać wyrok. Z jednej strony mamy do czynienia z całkiem niezłym horrorem, który mógłbym ocenić na siedem, ale z drugiej nie można zapomnieć o nijakich bohaterach i kilku urwanych oraz niepotrzebnie rozpoczętych wątkach. W tych aspektach wystawiłbym notę bliższą piątce. Powiem może tak. Książka, jako całość trochę zawodzi i wydaje się za długa, ale zawiera w sobie naprawdę dobre elementy, które pozwalają przypuszczać, że Tomasz Drogokupiec może nam wyrosnąć na rasowego twórcę grozy, który w przyszłości jeszcze nie raz zdoła nas przestraszyć. Fani strasznych opowieści, którzy lubią przymykać oko na różne fabularne mankamenty, ceniący sobie bardziej horror, niż elementy go otaczające, mogą do ostatecznej oceny dołożyć jeden punkcik. Ja tymczasem wystawiam solidną szóstkę.

underluk

GORE

6

STRACH

4

OCENA

5