Łabędzi śpiew. Księga I

Tytuł oryginalny: Swan Song

Autor: Robert McCammon

Wydawca: Papierowy Księżyc 2016

Rok powstania: 1987

Wojna atomowa wybuchła. Amerykanie i Rosjanie wymienili się bombami nuklearnymi, a znany świat legł w gruzach. Przetrwała tylko garstka, ale i ta garstka z każdym dniem staje się skromniejsza. Promieniowanie i mróz zbierają swoje żniwo, ale z czasem ludzie uczą się żyć w nowej rzeczywistości. W końcu jaki mają wybór?

Po początkowym zawiązaniu akcji, wyjaśnieniu jaka jest globalna sytuacja i określeniu, że Amerykanie to ci dobrzy, a Rosjanie źli i gdy już świat zawężony do Stanów Zjednoczonych stanie się stertą gruzu, fabuła skupia się na trzech grupka ocalonych i ich perypetiach w nowej rzeczywistości. Towarzyszyć będziemy pewnemu zapaśnikowi, który w chwili kataklizmu znajdzie się na malutkiej stacji benzynowej, gdzieś pośrodku niczego wraz z właścicielem przybytku oraz matką z córką, które na chwilę się tutaj zatrzymały. Dla dalszej fabuły istotna będzie tylko dwójka z tych postaci. W Nowym Jorku poznamy pewną nawiedzoną bezdomną, która tytułuje siebie Siostrą. Przeżyje ona obrócenie się miasta w gruzy i wyruszy w wędrówkę, podczas której znajdzie pewien przedmiot, pozna pewnego strasznego typa i kilka postaci, które na dłużej lub krócej się do niej przyłączą. Odwiedzimy wreszcie schron atomowy, zarządzany przez bohatera wojennego, który sam wątpi w bezpieczeństwo obiektu, którym się opiekuje. Wkrótce będzie musiał się z niego wydostać, a pomoże mu w tym pewien chłopiec.

To oczywiście nie wszystkie postaci, które czytelnik spotka na kartach tej powieści, ale to z nimi spędzimy najwięcej czasu. I bardzo dobrze, bo są to świetnie nakreśleni bohaterowie i choć nie wszystkich da się polubić tak samo, to na pewno jest komu kibicować. Szczególnie, że wszystko wskazuje na to, że losy niektórych z nich, wcześniej czy później się przetną.

Recenzowany tytuł to doskonały obraz nuklearnej apokalipsy. Nikt nie wie, co tak na prawdę się stało (poza faktem, że Rosjanie wystrzelili swoje bomby, a Amerykanie swoje), ani czy wszystkie miasta zostały zniszczone. W niektórych tkwi nadzieja, że coś ocalało. Że za linią horyzontu znajduje się osiedle, wioska lub cokolwiek, gdzie można zacząć żyć od nowa. Ale światło słoneczne ledwie dociera do ziemi, a nuklearna zima coraz bardziej daje się we znaki.

Apokalipsa i surwiwal to nie jedyne warstwy tej powieści. Mamy jeszcze horror. W końcu dlatego czytasz tutaj recenzję tej książki. Groza jest na drugim planie, ale nie da się jej odmówić świetnego stylu. Sam zrujnowany świat przyprawia o ciarki na plecach. Ludzie stają się bezlitośni w walce o przetrwanie. Szczególnie kiedy mają problemy z psychiką, a takich poznamy w pewnym miasteczku. Mamy wygłodniałe wilki, które całą watahą potrafią rozszarpać nieostrożnych maruderów. Wreszcie mamy wątki nadprzyrodzone. Wystarczy, że wspomnę o pewnym przedmiocie, który znalazła Siostra, a który potrafi zsyłać tym, którzy go trzymają, dziwne wizje. Mamy postać pewnego mężczyzny, który zdecydowanie wie więcej o tym, co się stało ze światem i wydaje się tutaj przybyć by napawać się cierpieniem ludzkości. I wreszcie mamy dziewczynkę z niezwykłym darem. To wszystko daje subtelną, ale wyraźną grozę, która może się podobać.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że “Łabędzi śpiew. Księga I” czyta się znakomicie. Książka wciąga od pierwszej strony i trudno było mi się od niej oderwać. Kartka za kartką wciągałem się w tę historię coraz bardziej i gdy przewróciłem ostatnią stronę, od razu sięgnąłem po drugą księgę. A to chyba najlepsza rekomendacja. Nie mam się do czego przyczepić.

+ bohaterowie
+ fabuła
+ świat
+ stylowa groza

- nie zauważyłem

underluk

GORE

5

STRACH

5

OCENA

10