Świnia

Tytuł oryginalny: The Pig / The House

Autor: Edward Lee

Wydawca: Dom Horroru 2018

Rok powstania: 1997

Edwarda Lee nie trzeba nikomu przedstawiać. Szczególnie miłośnikom bardziej ekstremalnej odmiany horroru. Ci wiedzą, czego można spodziewać się po tym amerykańskim pisarzu, a wydawnictwo Dom Horroru dostarcza kolejną pozycję jego autorstwa. Tym razem w dwupaku, bo “Świnia” to tak naprawdę dwie nowelki i poza tytułową, na kartach książki czytelnik znajdzie jeszcze “Dom”. Od razu dodam, że historie są ze sobą ściśle powiązane.


Ale zacznijmy od początku. “Świnia” rozgrywa się w 1977 roku i opowiada losy pewnego miłośnika filmów, któremu marzy się kariera reżysera. Chłopak robi dużo by nakręcić swój debiut i w końcu zdobywa na niego fundusze i realizuje film. Niestety, wkrótce dowiaduje się, że za tajemniczym inwestorem stała mafia, a bohater nie mając pieniędzy na spłatę zaciągniętego długu (nawiasem mówiąc, termin spłaty mocno go zaskoczy), popada w niezłe tarapaty. Szczęście w nieszczęściu, przestępcza organizacja zajmuje się między innymi podziemną pornografią i potrzebuje akurat kogoś, kto wyreżyseruje kilka obrazów. Nasz bohater, nie mając wielkiego wyboru, zgadza się stanąć za kamerą i zająć się tym, o czym marzył całe życie. Choć może niekoniecznie chciał reżyserować takie działa. Zoofilia, skat, a od czasu do czasu jakieś specjalne zamówienie to od teraz będzie jego dzień powszedni, który będzie spędzał w towarzystwie dwóch ledwo żywych, będących na permanentnym narkotykowym głodzie prostytutek.


Co by nie pisać, “Świnia” jest szybka. Akcja mknie sprawnie, a kolejne wydarzenia następują w krótkich odstępach czasu, co nie pozwala nawet złapać głębszego oddechu. A ten, zważywszy na serwowane przez autora opisy, czasem by się przydał. Współżycie ze zwierzętami to tylko jeden z kierunków, którymi będzie maltretowana wyobraźnia widza. Opisy wszelakiego upodlenia, brutalne egzekucje i gwałty wręcz wylewają się z kart tej historii. Jest duszno i brudno, ale autor pozwala sobie od czasu do czasu puścić oko do czytelnika. Szczególnie, że zakończenie jest dosyć humorystyczne. O ile do niego dotrwacie. Warto też zauważyć, że widać tutaj zamiłowanie Edwarda Lee do filmu. W końcu autor posiadający swoją wytwórnię, sam od czasu do czasu lubi stanąć za kamerą, a echa tej pasji widać w książce. Szczególnie w kilku, zahaczający o technikalia opisach.


Zupełnie inny klimat kreuje “Dom”, choć budynek jest ten sam. Tym razem z drugiej połowy lat siedemdziesiątych, przenosimy się do czasów bardziej współczesnych, gdzie poznajemy dziennikarza, który zostaje skierowany przez swojego szefa, do napisania artykułu o nawiedzonym domu. Nawiedzoną chatą jest znana nam już ze “Świni” miejscówka mafii, obrosła w legendy i liczne opowieści. Oczywiście teraz stoi pusta, ale nadal na kompletnym odludziu. A nasz bohater odwiedzi ją ze swoją macochą, która wkrótce ukaże swoje drugie oblicze… choć powiedzmy sobie szczerze, nie bez wpływu sił nadprzyrodzonych.


Dom” już nie jest tak szybki. Tutaj historia opowiadana jest dużo wolniej i rozwleklej, co w pewnym momencie zaczęło mnie nawet trochę męczyć. Ale hej, to jest tylko trochę ponad sto stron, więc zagryzłem zęby i dobrnąłem do końca. Dzieje się mniej, ale w ogólnym rozrachunku wcale nie jest nudno, choć od czasu do czasu przydałoby się nieco przyspieszenia. Jest też zdecydowanie mniej brutalnie, choć wcale nie mniej obleśnie. Bo jak już się dzieje, to tak, że klękajcie żołądki. W każdym razie, autor postawił tutaj na snucie opowieści oraz klimat nawiedzonego domu, co wyszło nawet nienajgorzej. Echa przeszłości dają o sobie znać, a intryga gęstnieje z każdą przewróconą stroną.


Generalnie mamy tutaj do czynienia z dwiema opowieściami, które choć opowiadają poniekąd wspólną historię, robią to na dwa różne sposoby. Moim zdaniem lepiej wypada “Świnia”. Jest żwawsza, brutalniejsza, ma ciekawszych bohaterów i całkiem niezłą dawkę czarnego humoru. Gdybym miał ją oceniać osobno, dałbym osiem. “Dom” natomiast rozgrywany jest wolniej z akcentem położonym w innym punkcie, co z kolei sprawia, że w odniesieniu do wcześniejszej historii wydaje się nieco ociężały. Więcej tu co prawda takiej typowej grozy, mniej (dużo mniej) gore, ale także poniekąd mniej zabawy. Jeśli wiecie, co mam na myśli. Tutaj dałbym sześć.


W każdym razie, wydawnictwo Dom Horroru ponownie dostarczyło solidną pozycję, którą miłośnicy Edwarda Lee mają już zapewne na półce, a fani gore powinni przynajmniej rozważyć. A czy zwykły zjadacz horroru ma sięgnąć po tę pozycję? Cóż, “Świnia”, szczególnie w pierwszej swej odsłonie to nie jest lekka lektura. Poruszana w niej tematyka jest kontrowersyjna, a pióro autora bezkompromisowe. Warto wiedzieć po co się sięga i choć ciężko być przygotowanym, na to co czeka na łamach książki, wypada mieć już jakieś doświadczenie z podobną literaturą. Ale jeśli na Twojej półce pręży się np. “Blasfemia” czy inny “Folk” to i po recenzowaną pozycję śmiało sięgaj. Ekstremalna zabawa gwarantowana.

underluk

GORE

8

STRACH

3

OCENA

7