Chata na krańcu świata

Tytuł oryginalny: The cabin at the end of the world

Autor: Paul Tremblay

Wydawca: Vesper 2020

Rok powstania: 2018

Paul Tremblay ujął mnie swoją “Głową pełną duchów” i gdy tylko wydawnictwo Vesper zapowiedziało, że w ich planach wydawniczych jest “Chata na krańcu świata” tegoż autora wiedziałem, że będzie to pozycja, której na pewno sobie nie odpuszczę. Książka ukazała się, przeczytałem ją w jedną noc i ogólnie rzecz biorąc, jestem usatysfakcjonowany.


Siedmioletnia Wen oraz jej przybrani ojcowie Eric i Andrew, leniwie odpoczywają w domku nad jeziorem na odludziu. Odcięci od technologii oraz bez burzących spokój sąsiadów. Ale nie bez nieproszonych gości. Ci pojawiają się pewnego słonecznego dnia. Jest ich czworo, a ich zapewnienia, że nikogo nie skrzywdzą trudno brać na poważnie. W końcu trudno uwierzyć komuś, kto siłą wdziera się do czyjegoś domu, wiąże jego mieszkańców i twierdzi, że robi to by powstrzymać koniec świata.


Home invasion jako gatunek, zdecydowanie bardziej popularny jest w kinie niż w literaturze. Myślę, że każdy miłośnik horroru jest w stanie rzucić jakiś tytuł filmu, będącym reprezentantem tej formy straszenia. I nie ważne czy będzie to “Funny games” (ten z 1997 ;)), czy “Nieznajomi”, każdy wie o co chodzi. A tytuł jakiejś książki już tak łatwo do głowy nie przychodzi.


Tymczasem “Chata na krańcu świata” jest definicją domowej inwazji. Oto grupa nieznajomych wdziera się siłą w życie przypadkowej rodziny. Bynajmniej nie stereotypowej, ale i sami napastnicy nie do końca są schematyczni. Burzy ich spokój wśród czterech ścian, które teoretycznie powinny zapewnić bezpieczeństwo. Nie robią tego. Za to doskonale chronią przed ucieczką i ukrywają, co dzieje się wewnątrz. Choć nawet jakby ich nie było, to kto miałby się dowiedzieć o koszmarze, który tam się dzieje, skoro w promieniu kilku kilometrów nie ma żywej duszy?


Napastnicy mają konkretny cel. Łączy ich pewność (ale czy z czasem nie osłabnie?), że znaleźli się dokładnie w tym miejscu, w którym powinni, a od tego, co wydarzy się w przeciągu kilkunastu nadchodzących godzin zależy los świata.


Paul Tremblay nieźle gra w swojej książce pewnymi motywami, które w jego rękach okazują się nie tylko wciągające, ale też nie tak banalne jakby mogło się wydawać. Jego bohaterowie są charakterystyczni, nie przegadani i zmotywowani. Historia, którą serwuje okazuje się całkiem sprawnie skonstruowana. Pewne wydarzenia rzucają nowe światło na fabułę, a inne podważają wiarygodność działań niektórych bohaterów. W efekcie czytelnik do końca nie wie co się wydarzy. Czy najeźdźcy faktycznie są tym, za kogo się podają? Co nimi naprawdę kieruje? Czy doznali objawienia, czy wszystko jest tylko sprawnie skonstruowaną intrygą mającą na celu sterroryzowanie niewinnych ludzi.


Inną charakterystyczną cechą “Chaty na krańcu świata” są bohaterowie. Otóż dziewczynka ma dwóch przybranych ojców. Panowie są homoseksualnym małżeństwem, ale w odróżnieniu od np. niektórych współczesnych seriali (tak Netflix, na ciebie teraz patrzę) nie jest to zabieg wciśnięty na siłę, mający propagować taką czy inną postawę. Stanowią integralną część opowieści i gdy trzeba, potrafią stawić solidny opór napastnikom. Generalnie nie czuć tu wymuszonej propagandy, poza samym faktem takiego, a nie innego związku.


Oczywiście trafi się w tej opowieści kilka momentów, w których można by pewne wydarzenia rozegrać nieco inaczej. Autor jednak zrobił to po swojemu, ale nawet w momentach, w których czułem, że trochę coś tu jest naciągane, nie mam mu tego za złe. Służy to po prostu opowiadanej historii. Szczególnie, że konstrukcja fabuły jest na tyle przemyślana, że kiedy jakiś niepozorny przedmiot pojawi się na jednej stronie, to kilkadziesiąt takich później może powrócić w bardziej istotnej postaci. Gorzej, że zupełnie nie satysfakcjonuje mnie zakończenie.


Chata na krańcu świata” to książka, która nie boi się też przemocy. Brutalności w opisach. W końcu to horror i nie wszyscy dożyją do końca. Kiedy trzeba leje się krew a kości pękają z głośnym trzaskiem. Ale na szczęście nie jest to taka przemoc, która ma tylko zaszokować. Wynika ona z konkretnych założeń i pasuje to opowieści, nadając jej potrzebnego, krwawego sznytu.


W książce nie brakuje też religijnych odniesień. Nie są one szczególnie eksponowane, poza samym faktem objawienia końca świata, ale ukrytych jest tu kilka mniej lub bardziej widocznych religijnych akcentów. Weźmy choćby czterech napastników, niczym czterech jeźdźców apokalipsy.


Nie ukrywam, że lektura przypadła mi do gustu, ale jak już wspomniałem, zawiodło mnie zakończenie. Gdyby nie ono, ocena byłaby o punkt wyższa. Nie zmienia to faktu, że “Chata na krańcu świata” to książka, po którą warto sięgnąć. Tym bardziej jeśli lubi się konwencję home invasion. Gdy trzeba jest napięcie, bywa brutalnie, a także smutno. Emocji tu nie brakuje, a od czasu do czasu pewne wydarzenia rzucają nowe światło na to, co już się wydarzyło. A to co się wydarzy, cały czas intryguje. Czego chcieć więcej?

underluk

GORE

5

STRACH

4

OCENA

8