Całopalenie

Tytuł oryginalny: Burnt Offerings

Autor: Robert Marasco

Wydawca: Vesper 2020

Rok powstania: 1973

Nawiedzony dom to jeden z motywów, po który chętnie sięgają różni twórcy horroru. Na przestrzeni lat nic w tym temacie się nie zmienia i wciąż dostajemy nowe wariacje tej historii. Jedne starają się wprowadzić coś nowego to tego jakże już wyeksploatowanego gatunku, inne nawet nie podejmują takiej próby i wciąż wałkują te same schematy. Może dlatego klasyki tak mało się starzeją. Bo przecież “Lśnienie”, “Amityville Horror” czy “Nawiedzony dom na wzgórzu” cały czas mają się nieźle. “Całopalenie” Roberta Marasco doskonale będzie czuło się w tym gronie.


Małżeństwo Ben i Marian Rolfe mają już dość ciasnego i otoczonego hałasem mieszkanka w Queens. Szczególnie kobieta, która spędza tam najwięcej czasu, naciska by może chociaż na wakacje, wyprowadzić się gdzieś na wieś. Znajduje nawet ciekawe miejsce, a cena ma być bardzo korzystna. Gdy jadą je obejrzeć, nie podejrzewają nawet, że czeka na nich ogromna rezydencja z własną plażą, basenem i ogromnym terenem, na którym nie ma żywej duszy. Tylko cisza i spokój. I faktycznie jest tanio. Tak tanio, że musi być w tym jakiś haczyk. I jest. Chociaż drobny. Otóż w rezydencji zostaje matka właścicieli, która nie będzie żadnym ciężarem. Jedyne, co muszą zrobić wynajmujący, to podać jej trzy razy dziennie posiłek. Zostawić po prostu na tacy przed drzwiami. To wszystko. Ben się waha, ale Marian w końcu go przekonuje. Wkrótce wraz z synem Davidem i samotną ciotką Elizabeth wprowadzają się do rezydencji na dwa miesiące. Jeszcze nie wiedzą jaki koszmar ich czeka.


Całopalenie” to nie jest książka, która zaskakuje na każdym kroku. Można by nawet powiedzieć, że jest dość przewidywalna. Ale dziś każda historia o nawiedzonym domu jest przecież przewidywalna. Nie jest to też opowieść, która epatuje grozą. Choć groza jest tu zdecydowanie wyczuwalna i narasta wraz ze stosem przywróconych kartek. To może chociaż jest brutalna. Nooo… nie bardzo. Ale wcale nie musi taka być, bym nie mógł oderwać się od lektury.


Opowieść o rodzinie Rolfe i domu, który wynajmują wciągnęła mnie od samego początku i nie wypuściła ze swych objęć do samego końca. Początkowo nic nie zwiastuje tragedii, która ich czeka. Dom jak dom, choć niespodziewanie wielki, a właściciele nieco ekscentryczni. Bywa. Pozostawienie matki w domu z obcymi ludźmi wydaje się dziwne, ale okazja kusi. Nieodparcie. Groza pojawia się stopniowo. Marian zaczyna sprzątać dom, a czynność ta pochłania ją coraz bardziej. Ben w pewnym momencie traci kontrolę nad sobą, ale może to tylko zmęczenie. Basen sam się oczyścił? Pewnie filtr zaczął działać sam z siebie. Zegary się nakręciły? No dobra, to już jest dziwne. Gdy bohaterowie orientują się, że coś tu jest mocno nie tak, jest już za późno. Choć już wcześniej niektórych dręczyły wątpliwości, a aura domostwa nie przekonywała.


Robert Marasco niespiesznie odkrywa karty, ale dzięki temu czytelnik niepostrzeżenie coraz bardziej wsiąka w tą historię. Wiele elementów jesteśmy w stanie przewidzieć. Dużo nas tu nie zaskoczy. Ale całość jest fajnie skonstruowana i pewne motywy, które zasygnalizowane są na początku, na końcu wskakują na swoje miejsce, co sprawia, że historia wydaje się kompletna i przemyślana. Charakteryzuje się też przyjemną atmosferą grozy, która konsekwentnie narasta do samego finału, który choć klasyczny, bardzo przypadł mi do gustu. Jak zresztą cała książka.


Całopalenie” zawiera w sobie też trochę egzystencjalnych problemów. Lata siedemdziesiąte w stanach to rosnące bezrobocie, szalejące ceny paliwa i gospodarka w nienajlepszej kondycji. Echa tych problemów da się tutaj zauważyć. Szczególnie w początkowej fazie. Potem na pierwszy plan wysuwa się poświęcenie. Ile ktoś jest w stanie oddać by zyskać coś, czego pragnie? Za tym wkrada się też dramat, ale to akurat gatunek, który często idzie w parze z horrorem. Szczególnie tym, gdzie w centrum znajduje się rodzina. Ale spokojnie, nie ma go tu do przesady.


Książka Roberta Marasco okazuje się kawałkiem bardzo przyzwoitej powieści grozy. Sympatyczni bohaterowie, lekko ekscentryczni właściciele rezydencji, sam dom oraz konsekwentnie, choć niespiesznie budowana atmosfera to niewątpliwie zalety tej pozycji. I może “Całopalenie” jest czasem nieco przewidywalne, może dziś już nie zaskakuje tak jak te prawie pięćdziesiąt lat temu, ale cały czas doskonale się czyta. Mi się podobało.

underluk

GORE

1

STRACH

5

OCENA

8