Twierdza

Tytuł oryginalny: The keep

Autor: F. Paul Wilson

Wydawca: Vesper 2020

Rok powstania: 1981

Lubię “Twierdzę”. Pierwszy raz czytałem ją lata temu, gdy szperając w jednym z nieistniejących już antykwariatów, wygrzebałem pierwsze jej wydanie. Książka w oryginale ukazała się w 1981 roku, a u nas nakładem wydawnictwa Amber w 1990. Potem w 1998 sięgnął po nią jeszcze Zysk i S-ka, a teraz powraca za sprawą Vespera. W twardej oprawie, niezłą grafiką na okładce i ozdobiona ilustracjami Mariusza Gandzela. Z chęcią przytuliłbym tak wydane pozostałe części cyklu, na który w sumie składa się sześć pozycji. Ładnie prosimy Panie Vesper.


Fabularnie akcja osadzona jest w 1941 roku. Niemiecki oddział zajmuje półwieczną twierdzę w Rumuńskich górach, którą zdobią dziwne krzyże. Gdy dwóch żołnierzy wydłubuje jeden z nich, uwalniają coś, co wkrótce zacznie ich mordować. Na miejsce zostaje przysłany oddział SS, który ma pomóc szybko rozwikła zagadkę. Podejrzenie partyzantów wydaje się chybione, a pewną wiedzę o samej twierdzy jak i tym, co w niej drzemie może posiadać pewien Żyd, który wraz z córką często odwiedzał to miejsce. Wkrótce w okolicy pojawia się ktoś jeszcze.


F. Paul Wilson w swojej książce sięga po doskonale znany mit wampiryczny i przekształca go na swój sposób. W jednym miejscu zamyka dwa oddziały niemieckich żołnierzy, dwóch niechętnych sobie dowódców, nadprzyrodzoną istotę i dwójkę judaistów, którzy w tej sytuacji wydają się dolewać oliwy do ognia. Kreuje to całkiem napiętą atmosferę, która nieźle przekłada się na przyjemność z lektury. Szczególnie, że każdej nocy (no prawie każdej) ktoś ginie. Sporo tu osobistych ambicji, krzyżujących się światopoglądów i solidna dawka grozy.


Ta ostatnia to zasługa zamieszkującej twierdzę istoty. Nie do końca wiemy kim ona jest, ale zdecydowanie ma jakiś plan. Potrafi być brutalna. Żołnierz zabija rozrywając im gardła, ale potrafi także sprawić, że martwi będą chodzić. Intrygująca postać, którą czytelnik poznaje wraz z rozwojem fabuły. Zresztą intrygujących postaci jest tu więcej. Atmosferę grozy podsycają też okoliczności przyrody. Sama twierdza i jej umiejscowienie robią wrażenie. Dużo w niej zimnych pomieszczeń, mrocznych korytarzy i upiornych chrobotań. Nie mogło zabraknąć mroku, który gęstnieje wraz z pojawieniem się istoty, oraz posępnej mgły, ale to już zasługa przyrody. Jakby nie patrzeć, odpowiedniego klimatu nie brakuje.


Dobrze wypadają też relacje między bohaterami. Dwóch dowódców dzieli wyraźny konflikt, a ich spojrzenie na wojnę jej radykalnie odmienne. Widać to nawet w podejściu do żydowskiego profesora i jego córki, którzy zostają siłą ściągnięci do twierdzy. Między samymi więźniami z czasem również powstaje rozdźwięk, ale wynika on z pewnej intrygi, której nie będę tu spoilerował. Ludzie w wiosce zaczynają odczuwać atmosferę twierdzy, a ta zaczyna mieć na nich wpływ. Chociaż akurat ten wątek jest tu tylko zasygnalizowany, w jednym momencie ożywiony, a potem jakby zapomniany. No i jest jeszcze Glenn. Ten pojawia się w tej historii i przez większość akcji stanowi tło, choć od początku wiemy, że odegra w niej istotną rolę.


Ta postać wypada mniej imponująco. Tak samo jak kiepski wątek miłosny. No i samo zakończenie, też nie do końca przypadło mi do gustu. Sprawdzało się może w latach osiemdziesiątych, ale dziś trąci trochę myszką. Oczywiście nie będę Wam go zdradzał.


Wspomnę jeszcze o samym wydaniu. “Twierdza” w edycji Vespera prezentuje się naprawdę dobrze. Twarda okładka ozdobiona ładną grafiką robi bardzo dobre wrażenie. Nieźle wypadają też zdobiące książkę ilustracje, choć czasami można by się doczepić do przedstawionych na nich szczegółów. Szczególnie jedna, na której doskonale widać miecz trzymany w rękach bohatera, zdecydowanie nie pasuje do jego opisu w fabule. Ale to tylko taki szczegół. Samo wydanie jest wyśmienite.


Jak już wspomniałem we wstępie, lubię “Twierdzę”. Po raz kolejny łatwo wciągnąłem się w przedstawioną w niej historię, podobają mi się realia w jakich osadzona została fabuła, konflikty między bohaterami i całkiem przyjemna atmosfera grozy. Nie mam też nic przeciwko przemieleniu, jakiemu Wilson poddał wampiryczny mit. Średnio za to przypadła mi do gustu postać Glena i nie przekonuje mnie zakończenie. Mimo wszystko, warto po tę książkę sięgnąć, bo to cały czas jest fajny i w sumie nie taki głupi horror.

underluk

GORE

3

STRACH

5

OCENA

7