Sprzedaliśmy dusze

Tytuł oryginalny: We Sold Our Souls

Autor: Grady Hendrix

Wydawca: Vesper 2020

Rok powstania: 2020

Na “Sprzedaliśmy dusze” Grady’ego Hendrixa czekałem od momentu, gdy wydawnictwo Vesper pokazało okładkę. Wiem, wiem, nie ocenia się książki po jej oprawie, ale tylko spójrzcie na tę grafikę. Czyż nie jest urocza? No i horror, którego motywem przewodnim jest metal jako gatunek muzyki, wyraźnie budził moje zainteresowanie. Przyszedł czas sprawdzić czy oczekiwania spotkały się z efektem końcowym.


Kris nie może powiedzieć, że wiedzie się jej w życiu. Kiedyś było lepiej. Kiedyś gdy była członkiem metalowego zespołu, który był o krok od sukcesu. Do momentu, gdy pewnej nocy zostali zdradzeni. Dziwnej nocy, z której nie wszystko pamięta. Luka w życiorysie nie daje jej spokoju, a wkrótce ten, przez którego wszystko się sypło, rusza w pożegnalną trasę. Jemu się udało. Wypadałoby wyjaśnić sobie co nieco.


Dobra, od razu napiszę, że nie zaiskrzyło. Kris jako bohaterka nie porywa, choć jej przygody miewają dobre momenty. Pozostali bohaterowie na jej tle wypadają ciekawiej, co sprawia, że podczas lektury wyczekiwałem tych chwil, kiedy pojawią się na kartach powieści. Sama Kris, a to w końcu z nią spędzimy najwięcej czasu, jest trochę zbyt nijaka. Niby nawet pasuje to do fabuły, ale nie pomaga w lekturze. Zdecydowanie nie mogłem się z nią utożsamić i trudno było mi ją dopingować.


Podoba mi się pomysł na fabułę. Na grupę bohaterów, którzy byli bliscy sukcesu, ale pewnej nocy doszło do czegoś, co wywróciło wszystko do góry nogami. Coś co położyło się cieniem na resztę ich życia, a jednocześnie zostawiło pustkę, której nie potrafią wypełnić. I do końca wyjaśnić. A droga do wyjaśnienia jest interesująca. Kolejne fakty, do których dociera nasza bohaterka fajnie wskakują na swoje miejsce i skutecznie trzymają przy lekturze. To wszystko ma swój mroczny sens, a niektóre wydarzenia potrafią zaskoczyć. Kierunkiem, w którym popychają opowiadaną historię oraz poziomem brutalności. Owszem bywa krwawo, ale jest to przemoc wynikająca z samej fabuły, a nie próby szokowania jako takiego.


Sama groza poza kilkoma momentami jest raczej subtelna. Mamy tu mroczną tajemnicę, którą możemy wyczuć od samego początku. Mamy wątki, które przeplatają się między sobą budując całkiem przyjemny mroczny klimat. Mamy wreszcie te momenty, kiedy horror wysuwa się na pierwszy plan i wypada całkiem nieźle. Może bez szału, ale trzyma przyzwoity poziom. Choć nie ukrywam, że koszmarów nie miałem.


Trzeba też zwrócić uwagę na sposób w jaki “Sprzedaliśmy dusze” obchodzi się z muzyką. W końcu książka osnuta jest wokół metalu i wielokrotnie padną tu nazwy różnych zespołów. Wiele z nich będziecie znali, ale mam wrażenie, że autor trochę specjalnie sięga po te największe nazwy by połechtać czytelnika. Metal to też jeden z wątków przewodnich, bo o dorobek byłego zespołu Kris, cała fabuła tu się rozbija. Do pewnego stopnia mityczny album “Troglodyta”, który w książce kreowany jest jako święty graal dla niejednej kapeli, jakoś mnie nie porwał. Niby przedstawiona na nim mitologia, sięga swoimi mackami do każdego wydarzenia, które będziemy śledzić, ale jakoś nie brzmiało mi to szczególnie dobrze. Doceniam, że w dużej mierze podporządkowana jest mu cała fabuła, ale to jest trochę tak jak z dziełami, o których czasem czytamy, ale nie dane było nam ich poznać. Które mają kultowy status, ale gdy wpadną nam w ręce i doświadczymy ich na własnej skórze, okazuje się, że to jednak nie to, czego się spodziewaliśmy. Mam wrażenie, że gdyby ten album wpadł mi w łapki, zawiódłbym się.


Za to nie zawiodłem się na wydaniu. Wydawnictwo Vesper po raz kolejny pokazało, jak należy drukować książki. Twarda oprawa, dobry papier oraz doskonała szata graficzna. I chyba najlepsze ilustracje jakie wyszły spod ręki Macieja Komudy, jakie do tej pory widziałem. “Sprzedaliśmy dusze” prezentują się doskonale.


I choć całkiem sporo narzekam na książkę Grady’ego Hendrixa, to nie mogę powiedzieć by lektura szczególnie mnie zawiodła. Owszem, nie wszystko mi w niej zagrała, ale “Sprzedaliśmy dusze” jako całość wypadają całkiem sympatycznie. Bohaterowie, poza Kris, są całkiem interesujący, fabuła nie pędzi na złamanie karku, ale ma odpowiednie tempo by nie znudzić i momenty by nabrać rumieńców, a kryjąca się między wierszami groza całkiem sensownie komponuje się z opowiadaną historią. Ta sama w sobie też jest niczego sobie. Myślę, że warto ją poznać i choć nie jestem zachwycony, to nie żałuję spędzonego na lekturze czasu.

underluk

GORE

5

STRACH

4

OCENA

7