Syndrom Riddocha Tom pierwszy - fragment

30.01.2017 | facebook.com/domhorroru/ | underluk

Syndrom Riddocha Tom pierwszy - fragment

Wydawnictwo Dom Horroru zaprezentowało fragment "Syndromu Riddocha" Sylwii Błach. Książka jest już dostępna w przedsprzedaży, a ukaże się pod koniec lutego.


Jeśli poniższy fragment narobi Wam smaku na pełną wersję, to można już ją zamawiać na allegro. Premiera zaplanowana jest na 24 lutego.

Biegł. Prosto na mnie. Wbrew jego zgniłym mięśniom i powykręcanym stawom, których budowę studiowałam w czasach, gdy jeszcze widziałam. Poruszał się w zastraszającym tempie.
Gdy był o krok ode mnie, zrobiłam unik. Odchyliłam się, jednocześnie wyrzucając w przód nogę. Poczułam, jak wściekły chwyta mnie za stopę i obraca o sto osiemdziesiąt stopni.
Pozwoliłam ciału polecieć, świadoma, że w tym momencie każda próba obrony skończyłaby się skręceniem kostki.
Wpadłam na metalowe kosze. Brzdęk rozedrganej pokrywy utonął w hałasie miasta. Napięłam wszystkie mięśnie. Coś chrupnęło mi w barku, gdy rękoma zatoczyłam koła, by rozruszać stawy. Barki stłuczone, ale raczej niezłamane – zanalizowałam, gdy delikatny ból rozlał się po tkankach.
Ujrzałam ruch z prawej strony. Tym razem byłam przygotowana.
Podparłam się o stojący za mną kosz i z kocią zwinnością na niego wskoczyłam. Z całej siły uderzyłam zaciśniętą pięścią w kierunku przeciwnika. Poczułam, jak kolce kastetu trafiają na miękką tkankę. Kopnęłam, trafiłam, szybko wycofałam nogę. Odpowiedział mi rykiem. W końcu znajdowałam się wyżej, miałam przewagę. Kopnęłam raz jeszcze, zrobił unik. Szybko się uczył, zbyt szybko.
Zamachnął się w moim kierunku. Widziałam tylko jego rękę. Zniekształcona, niczym na filmie w zwolnionym tempie, zmierzała ku mojej twarzy. Odchyliłam się w bok, jednak poczułam, jak ostre pazury rozcinają mi skórę na policzku. Sturlałam się z kosza, by uniknąć kolejnego z błyskawicznych ataków i na oślep wystrzeliłam nogi przed siebie, niczym w jakimś tandetnym japońskim filmie kung-fu. Trafiłam, choć nie wiedziałam ani w co, ani jak mocno. Usłyszałam tylko wściekły wrzask i uchyliłam się przed lecącą butelką.
Spudłował. Kawałek szkła wbił mi się w policzek, gdy butelka rozprysnęła się o ścianę nieopodal mojej twarzy. Przyzwyczajona do bólu wyszarpnęłam go automatycznie, myśląc o infekcji, której bym nie chciała.
Ciepło spływającej po twarzy krwi sprawiło, że dostałam furii. Błyskawicznie wyprowadziłam cios sierpowy, a potem drugą ręką dodałam cios z dołu. Szkło w mojej dłoni wbiło się w jego szczękę. Zastygł w bezruchu, co nie ułatwiało mi zadania.
Celowałam na oślep, lewy prosty, sierpowy, prawy prosty, znów sierpowy. Czułam, jak moje dłonie trafiają w jego mokre, oślizgłe tkanki, a potem zobaczyłam, jak się cofa o kilka kroków.
Był twardy. Gdy rzucił się na mnie, odskoczyłam w bok i zaatakowałam go od tyłu. Chwytając za coś, co kiedyś było ludzką szyją i szarpiąc z całej siły za ścięgna, wiedziałam, że to już koniec.
Złamałam mu kark, a potem, gdy padł na ziemię powalony ciosem, z perfekcyjnym wyczuciem przestrzeni uderzyłam z całej siły nogą odzianą we wzmocniony blachami i gwoździami glan. Trafiłam dokładnie tam, gdzie chciałam: w głowę. Utwierdził mnie w tym tak charakterystyczny dźwięk przesuszonej, pękającej czaszki i plusk, który wydaje z siebie galaretowata maź mózgu, gdy dwucalowe gwoździe gładko się w niej zatapiają...
Uklęknęłam i pozwoliłam dłoniom błądzić po jego ciele. Bezsprzecznie był to mężczyzna. Mimo tego, że ciało było zniekształcone, wyczuwałam mocny zarys szczęki, twardy tors i genitalia. Ubrany był do bólu zwyczajnie, pod palcami miałam twardą fakturę dżinsu i miękkość bluzy z kapturem... Moda ponadczasowa.
Gdy szedł, pewnie nikt nie zwracał na niego uwagi. Mocno naciągnięty kaptur musiał skrywać trupią twarz. A odmieńców jest na ulicach teraz tak wielu, że mutacje nie robią już na nikim wrażenia. Codziennie mijamy kobiety o nieproporcjonalnych sylwetkach, mężczyzn o dziwnych kolorach skóry, czy ludzi ze zbyt dużymi lub małymi głowami. Przynajmniej tak mi mówiono.
On jednak nie był genetycznie zmutowanym człowiekiem, efektem leków i prochów zażywanych przez troskliwą mamusię, czy pozostałościami po spuszczeniu przez Koreę eksperymentalnej bakterii na państwa Ameryki Północnej. Był po prostu zombie. Ten charakterystyczny smród rozkładu rozpoznam wszędzie.
Jednego nie rozumiałam: dlaczego właściwie mnie zaatakował? Głód, rabunek? To nie pasowało.
Wbrew temu co opinia sądziła o żywych trupach, nie były jakieś nad wyraz silne czy powolne. Jedyne, co ich różniło od żyjących, to wytrwałość. Jeśli się nie zna słabych punktów, miejsc wrażliwych na atak, jest się na przegranej pozycji. Gdyby trafił na zwykłą dziewczynę, na pewno w mgnieniu oka pozbawiłby ją życia i zeżarł, oblizując się ze smakiem. Miał pecha, że trafił na Czyścicielkę.
Podniosłam się. Nie miałam siły ani chęci się nad tym teraz zastanawiać. Dzisiejszy dzień w Bazie dał mi popalić. Teoretycznie wojna się skończyła, praktycznie wciąż sprzątaliśmy śmieci po nierozważnych działaniach. Ile to już lat... Cholerne KML, FBS, KBZ i inne pierdolone wydziały o idiotycznych nazwach zajmowały się tylko tak zwaną „czystą robotą”. Istnienie mojej drużyny, Czyścicieli, było utajone. Świat nie musiał wiedzieć, że hordy zombie są wśród nas i gdyby tylko zechciały, mogłyby zorganizować nam apokalipsę niczym z Resident Evil 12, a kto wie czy nawet nie bardziej spektakularną. Wybuchy, pościgi, krew na ulicach i dywany z trupów, te sprawy. Trzymaliśmy jednak potwory w szrankach i nie dostrzegaliśmy żadnych znaków wzmożonej agresji z ich strony. Co rozsądniejsze osobniki trzymały się na uboczu, prowadząc mało interesującą, ale jednak spokojną egzystencję. Bardziej żywiołowe egzemplarze były eliminowane. I tak miało pozostać.
Po kilku głębszych oddechach i zatoczeniu kółek ramionami, by upewnić się, że wpadając na kosze nic nie nadwyrężyłam ani nie złamałam, podniosłam swego nieodłącznego przyjaciela – białą laskę i skierowałam się w stronę domu. Dla postronnego obywatela niczym nie różniłam się od zwykłego niewidomego.
Co jakiś czas laska stukała o ścianę czy krawężnik, a wtedy zmieniałam kierunek. Zwykle jednak towarzyszyły mi tylko dźwięki miasta, szykującego się do kolejnej nocy w klubach. Śmiech nastolatek, huk odpicowanych pojazdów, czasem namiętne odgłosy, gdy szłam skrótem przez opuszczone podwórka i place zabaw – często opisywane w gazetach jako skażone, tylko po to, by głodna wrażeń młodzież uprawiała tam miłość, a miasto zarabiało na mandatach wystawianych przez strażników za naruszenie moralności. Pragnienie adrenaliny – to nigdy nie przestanie nas napędzać.
Znałam mapę miasta na pamięć, a dziś był piątek, więc wolałam nadłożyć drogi, niż znów wpaść na rozgrzaną młodzież. Wsłuchując się w roześmiane głosy tłoczące się przed kinem Capital, po raz kolejny w tym tygodniu stwierdziłam, że ostatnio zbyt późno wychodzę z pracy.
Kiedyś, tuż po tym, jak na swoje własne życzenie zachorowałam, żałowałam, że już nigdy nie ujrzę świata przyszłości, w którym dane mi żyć. O takich jak ja mówiono: międzyepokowi. Urodzona w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, przez całe swoje życie obserwowałam błyskawiczny postęp techniczny. Wojny, które trwały w drugiej dekadzie wieku dwudziestego pierwszego, sprawiły, że technologia zaczęła się rozwijać w zastraszającym tempie. Mówiące komputery obsługiwane przez roboty. Samochody samosterujące. Broń biologiczna. Wirusy sprawiające, że ludzkie DNA się zmieniało, a żołnierze pozyskiwali nowe umiejętności.
Z drugiej jednak strony rozwój ten nie był aż tak niesamowity, jak moje pokolenie w swojej młodości się spodziewało. Wynajdywane było wszystko to, co mogliśmy sobie wyobrazić na początku wieku, ale nic więcej. Nie tworzono nowych bakterii, a jedynie mutowano już istniejące. Nie wymyślano nowych środków transportu, a jedynie udoskonalano te już funkcjonujące. Tak jakby ludzka wyobraźnia osiągnęła swój kres... Wszystko to, o czym marzyliśmy: inteligentne domy, roboty, wirtualna rzeczywistość tak realna, jak jej prawdziwy odpowiednik, stało się prawdą. Ale nic ponadto. Nic, co by nas – ludzi wychowanych na filmach science-fiction, naprawdę zaskoczyło.
Nie tego jednak żałowałam tuż po przemianie. Brakowało mi widoku nieba, wciąż błękitnego i niesamowitego, poprzecinanego tysiącami kolorowych smug kondensacyjnych. Nad naszymi głowami latało kilka milionów samolotów dziennie, a w zależności od linii lub fantazji właściciela – zostawiały za sobą inny kolor pary, barwiąc kryształki lodu i tworząc tym samym przepiękny widok... Brakowało mi budynków, które osiągnęły architektoniczny szczyt. Tworzone z nowoczesnych materiałów, często przybierały dziwne, obłe kształty lub zdawały się lewitować w powietrzu. Brakowało mi też mody, bardziej barwnych i szalonych ubrań niż kiedykolwiek, migających koszulek czy sukienek z wszczepianymi ekranami. Jedynie projektantów stać było na wymyślanie wciąż to nowych, nieznanych nam rzeczy, nie byłam więc nawet w stanie sobie wyobrazić, jak ciekawie wyglądają ludzie, którzy mnie otaczają.
A wiedziałam, że już nigdy tego nie zobaczę.
Laska w dłoni wciąż drżała, dzięki czemu widziałam jej zarys. Trzydzieści lat temu, gdy zaczynałam pracę w Bazie, zgodziłam się zostać jednym z żołnierzy przyszłości. Wojsko, postapokalipsa, siła i bezwzględność tajnych agentów – to zawsze mnie fascynowało.
Byłam młoda, pełna energii, inteligentna i bez zobowiązań. Bez rodziny, bez chłopaka, nawet bez chomika czy kwiatka, którego musiałabym regularnie podlewać. Idealny obiekt do przetestowania eksperymentalnej szczepionki.
Nie pamiętam, bym odczuwała wtedy strach, raczej podekscytowanie. Mieli mi wszczepić wirus wywołujący syndrom Riddocha. Syndrom znany od dawna, nigdy jednak całkowicie niezrozumiany przez naukowców. Osoby niewidome dostrzegają wyłącznie ruch. Tylko tyle i aż tyle.
Oczywiście nikt nie zakładał, że stanę się niewidoma, wszczepiany mi wirus był wersją udoskonaloną. Wyostrzał percepcję, sprawiał, że każdy ruch miałam widzieć szybciej, jakby z wyprzedzeniem. Miałam stać się bardziej podatna na przesuwające się bodźce, a co za tym idzie, lepiej strzelać z broni czy też szybciej dostrzegać nadbiegającego przeciwnika. Zmysły nienaturalnie wyostrzyłyby się.
Ale jak to w sytuacji, gdy pomysł jest w fazie eksperymentalnej, coś musiało pójść nie tak.
Gdy wirus wdarł się do ośrodka odpowiedzialnego za wzrok, przeżyłam najgorsze chwile w życiu. Wszystko, co widziałam, było zwielokrotnione. Przedmioty statyczne zdawały się wiecznie drżeć, a szybkość poruszających się w moją stronę osób zawsze była nienaturalna: raz większa, raz mniejsza. Najdrobniejsze nawet poruszenie, dostrzeżone w obszarze peryferyjnym, sprawiało, że atakowałam, niczym w odruchu obronnym. Potrafiłam uderzyć drzewo, bo pod wpływem wiatru zadrżała na nim gałązka. Rzucić się w kierunku goniącego mysz kota. W końcu: zaatakować lustro, gdy dojrzałam w nim swoje odbicie, kalecząc się przy tym.
Widziałam tak, jak osoby z syndromem Riddocha. Ale jednocześnie widziałam też normalnie. Dwa nałożone na siebie światy.
Nie wiedzieliśmy, co robić, a gdy do mediów wyciekła informacja o tym, że Baza eksperymentuje na ludziach, zaczęłam żyć w ciągłym strachu. Zapewne nie byłam pierwszą, którą próbowano modyfikować, ale na pewno o mnie jako o pierwszej dowiedział się świat. Przedstawiciele Kościoła chcieli mnie wyeliminować, gdyż tylko Bóg ma prawo do tworzenia. Dziennikarze z brukowców koniecznie chcieli przeprowadzić ze mną wywiad. A przedstawiciele władz innych krajów podobno planowali porwanie. Nigdy wcześniej i nigdy później tak się nie bałam.
Ostatecznie podjęliśmy decyzję. Oślepiono mnie. Mikroskopijne roboty zszyły białka w ten sposób, bym już nigdy nic nie widziała. Przynajmniej dopóki nikt nie wymyśli, jak poprawić we mnie Riddocha – tak mi tłumaczono. Wiedziałam jednak, że tymczasowość tego rozwiązania to nic nieznacząca gadka, mająca uciszyć ich sumienia. Zaraz po mojej operacji prace nad Riddochem zostały wstrzymane.
Oczy przykryte bielmem. Podobno coś takiego mam.
Długo zastanawialiśmy się nad tą decyzją. Sądziliśmy, że oślepienie pozbawi mnie także umiejętności postrzegania ruchu. Już na początku swojej kariery miałam stać się weteranem wojennym, wykluczonym z walki, z nikłą pensją, głupią nadzieją i medalem za odwagę, którym nawet nie mogłabym się chwalić, bo przecież należałam do jednostki, która oficjalnie nie istniała. Nie znając mechanizmów rządzących chorobą, sądziliśmy, że wszystko to, co się widzi, tkwi w oczach. Okazało się jednak, że postrzeganie tkwi gdzieś głębiej. Umysł i jego siła są wciąż niezbadane...
Od tej pory żyję z syndromem Riddocha w udoskonalonej wersji. Odpowiada mi to. Dostrzegam każdy, najmniejszy ruch w okolicy. Nie mam problemu z wpadaniem na ludzi na ulicy, wymijam ich niczym widząca. Czasem wejdę w kosz czy ścianę, ale od tego mam laskę, by ich unikać. Gdy nawet ją wypuszczę z dłoni, znajduję w mgnieniu oka.
Mój przyjaciel, Korthel, jeden z naukowców odpowiedzialnych za mój stan, długo myślał, jak stworzyć dla mnie wszelkie udogodnienia. W końcu wpadł na najprostsze rozwiązanie. To w jego głowie narodził się cały system urządzeń z małymi bateryjkami, które bezustannie drżą. Zdrowe oko tego nie dostrzega, moje – tak.
Jest dobrze, żyję tak, jak zawsze chciałam. Walczę. Wciąż należę do jednostki bojowej, wysyłają nas tam, gdzie sprawy stają się niejasne.
W końcu nadszedł czas, kiedy przestałam już tęsknić za pięknem, myśleć o tym, czego nie mogę dostrzec. W głowie stworzyłam własny świat barw i kolorów. Zaczęło mi to wystarczać. Bo co, gdybym nagle zaczęła widzieć i stwierdziła, że architektura jednak nie jest aż tak wyjątkowa? A tak wszystkie budynki powstały w mej głowie. Żyją tam i są zachwycające. To mój azyl...
W oddali dostrzegłam delikatne drganie dużego prostokąta. Drzwi. Jestem w domu.
– Accueillir à la maison! – rozległo się w głośnikach, gdy przekroczyłam próg. Cholerny francuski.
Tak, dokładnie tak wygląda sprawa z tą nowoczesną technologią. Im jej więcej wokół nas, tym większe szanse, że coś będzie nawalać. Dobrze, jeśli to tylko ekspres do kawy, który źle wymierza ilość ziaren. Gorzej, gdy zawiodą zamki sterujące kuloodpornymi drzwiami i oknami, tworząc z naszego mieszkania grobowiec.
Ja trafiłam na sytuację pośrednią. Dom co jakiś czas się resetował i zaczynał mówić do mnie w obcych językach. Słyszałam już przywitania po francusku, albańsku, a nawet w językach, które w trakcie wojny wymarły razem z całymi używającymi ich populacjami: po baskijsku czy niemiecku. Wzywałam specjalistów od montażu, jednak roboty, które zastąpiły ludzi, potrafiły tylko odpowiedzieć: wada fabryczna, koszt naprawy... I tu niebotycznie wysoka suma, dzięki której uznałam, że wolę już zacząć uczyć się języków obcych.
Brakowało mi prawdziwych majstrów. Niestety, większość firm zrezygnowała z zatrudniania ludzi. I to nie dlatego, że roboty były tańsze. Praca ludzka zawsze była i będzie najtańsza, wciąż po świecie chodzą osoby na tyle wykształcone, by sobie poradzić z prostymi naprawami, a jednocześnie nie mające wystarczającej wiedzy, by wspiąć się na szczeble kariery.
Kiedyś właśnie o nich mówiono „złote rączki”. Teraz zasilają szeregi bezrobotnych, włócząc się po ulicach i żebrząc lub jednym dramatycznym ruchem rezygnując z tego świata.
Początkowo żałowano ich, jednak korporacje były bezwzględne. Odkąd w dwa tysiące dwudziestym piątym do SSD, czyli Systemów Sterowania Domostwami, wkradł się wirus i pozamykał majstrów w domach razem z właścicielami, a potem ugotował ich żywcem, ustawiając temperaturę wewnątrz na sto stopni Celsjusza, właściciele korporacji musieli wprowadzić roboty. I wbrew logice nie chodziło o to, że zginęły setki ludzi – na to nie ma sposobu, trwała wojna, więc śmierć obywateli to zdaniem „panów ważnych” normalna sprawa. Problemem stały się odszkodowania, które trzeba było wypłacić rodzinom majstrów za wypadek przy pracy. Ogromne sumy, wiele firm zbankrutowało. A co mądrzejsze, te, które utrzymały się na rynku, zaprojektowały specjalne roboty i pozwalniały tysiące pracowników.
Od tej pory człowiek został zastąpiony przez maszynę. Maszyna nie ma bliskich, nikomu nie będzie trzeba płacić. Nikt nie będzie płakał.

Najnowsze wieści