Obcy od Vesper

09.10.2019 | vesper | underluk

Obcy od Vesper

Wydawnictwo Vesper nieustannie dostarcza nam przykłady klasycznej grozy. Przyszedł czas na „Obcego” Alana Deana Fostera.


--


„W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku”.


Załoga transportowca „Nostromo” odbiera tajemniczy sygnał pochodzący z nieznanej planety. Po wylądowaniu na jej powierzchni odkrywają wrak statku kosmicznego obcej cywilizacji. Jeden z członków załogi zostaje zaatakowany przez nieznaną formę życia. Rozpoczyna się dramatyczna walka o życie.


Powstały w 1979 roku film „Obcy. 8 pasażer »Nostromo«”, w reżyserii Ridleya Scotta z Sigourney Weaver w roli głównej, to jeden kanonicznych tytułów kina science fiction. Przełomowy, wizjonerski, klaustrofobiczny, duszny i mroczy. Znakomicie zrealizowany obraz, arcydzieło gatunku. Po prostu klasyk. „Obcy” nie miał jednak swojego pierwowzoru literackiego, ale po ogromnym sukcesie filmu doczekał się literackiej adaptacji, której podjął się Alan Dean Foster. I mimo że książki z tego podgatunku nie pretendują zazwyczaj do miana arcydzieł, zdarza się, że ich lektura daje czytelnikowi dużą satysfakcję. A „Obcy” w wersji Fostera jest bez wątpienia udaną adaptacją. Autor utrzymał znane z filmu napięcie oraz klimat, wplótł w fabułę również wiele treści, których nie da się przenieść na język filmu – jak choćby refleksje głównych bohaterów. W książce znajdziemy też kilka scen znanych wyłacznie z reżyserskiej wersji filmu, oraz takie, które wypadły z niego podczas montażu lub w ogóle nie zostały zrealizowane, choć ujęte były w oryginalnym scenariuszu Dana O’Bannona.


Niniejsze wydanie „Obcego”, w nowym przekładzie Piotra W. Cholewy, uzupełnione jest o obszerne posłowie autorstwa Piotra Goćka, a także niezwykle klimatyczną oprawę graficzną, za którą odpowiedzialny jest Maciej Kamuda.


--


Tytuł: Obcy
Autor: Alan Dean Foster
Scenariusz: Dan O’Bannon
Pomysł: Dan O’Bannon i Ronald Shusett
Przekład: Piotr Cholewa
Okładka i ilustracje: Maciej Kamuda
Posłowie: Piotr Gociek
Wydawnictwo Vesper
Stron: 316
Format: 140 x 205 mm
Oprawa twarda
ISBN 978-83-7731-343-5
Kod EAN 9788377313435
Cena detal.: 39,90 zł


Premiera książki planowana jest na 13 listopada.


Obcy - Alan Dean Foster - okładka


 


Na zaostrzenie apetytu, mamy fragment powieści (przed ostateczną korektą, więc jak się trafi jakaś literówka, przymknijcie na nią oko).


I


Siedmioro śniących.
Należy pamiętać, że nie są to zawodowi śniący. Ci bowiem są wysoko wynagradzanymi, szanowanymi i poszukiwanymi artystami. Natomiast ta siódemka, jak większość z nas, śniła bez ładu ani dyscypliny. Śnienie profesjonalne, pozwalające zarejestrować sny i odtwarzać je dla rozrywki innych, to zadanie o wiele bardziej wymagające. Niezbędna jest umiejętność regulowania półświadomych impulsów twórczych i rozwarstwiania wyobraźni – trudne do uzyskania połączenie. Zawodowy śniący to jednocześnie najlepiej zorganizowany i najbardziej spontaniczny artysta. Subtelny tkacz spekulacji, nie tak prosty i nieporadny jak wy czy ja. Albo ta siódemka.
Z nich wszystkich najbliższa posiadania tego szczególnego potencjału była Ripley. Miała niewielki wrodzony talent i wyobraźnię bardziej elastyczną niż jej towarzysze. Brakowało jej za to prawdziwej inspiracji oraz tej stabilnej dojrzałości myślenia, cechującej prośniących.
Świetnie się sprawdzała w logistyce, przy układaniu pudeł A w hali magazynowej B albo w sprawdzaniu manifestów. To tylko w magazynie umysłu jej system segregacji się rozsypywał. Nadzieje i lęki, domysły i niekompletne kreacje prześlizgiwały się chaotycznie z jednej przegrody do drugiej.
Bosman Ripley potrzebowała silniejszej samokontroli. Pierwotne, rokokowe myśli czekały tylko, by do nich sięgnąć, tuż pod powierzchnią uświadomienia. Odrobina wysiłku, intensyfikacja samoświadomości, a byłaby z niej całkiem niezła prośniąca. Tak przynajmniej czasami myślała.
Za to kapitan Dallas wydawał się wprawdzie rozleniwiony, ale miał najwięcej wewnętrznej dyscypliny. Nie brakowało mu także wyobraźni, czego dowodziła jego broda. Nikt z takim zarostem nie kładł się do lodówki. Oprócz Dallasa. Była elementem jego osobowości, jak nie raz wyjaśniał zaciekawionym kolegom. Rozstanie z tym antycznym futrem na obliczu byłoby dla niego równie trudne, co z dowolnym innym elementem anatomii. Dowodził dwoma statkami: kosmicznym holownikiem „Nostromo” i swoim ciałem. Oba pozostawały nienaruszone, tak w snach, jak na jawie.
Dysponował więc zdolnością dowodzenia oraz odrobiną wyobraźni. Jednak profesjonalny śniący potrzebuje sporo więcej niż krztynę tej drugiej, a jej niedostatku nie zrekompensuje jakość tej pierwszej. Dallas nie był więc materiałem na prośniącego, nie bardziej niż Ripley.
Kane gorzej niż Dallas kontrolował swe myśli i działania, miał też o wiele słabszą wyobraźnię. Był dobrym oficerem, ale nie nadawał się na kapitana. To wymaga pewnej ambicji, połączonej ze zdolnością kierowania innymi, Kane zaś nie został pobłogosławiony ani jednym, ani drugim. Jego sny, w porównaniu z tymi Dallasa, były półprzejrzystymi, bezkształtnymi cieniami – tak jak sam Kane był chudszym i mniej wyraźnym odbiciem dowódcy. Nie czyniło go to mniej sympatycznym, jednak prośnienie wymaga dodatkowej energii, a Kane’owi ledwie jej wystarczało na codzienne czynności życiowe.
Sny Parkera nie były agresywne, lecz mniej sielankowe niż Kane’a. Niewiele miały w sobie wyobraźni. Wydawały się nazbyt specjalistyczne i rzadko dotyczyły ludzkich istot. Ale czego można oczekiwać od głównego mechanika statku?
Były też bezpośrednie i czasem nieprzyjemne. Na jawie te głęboko zagrzebane odpryski rzadko się ujawniały – tylko gdy mechanik był zirytowany albo zły. Większa część fermentujących na dnie cysterny jego duszy ropiejących wydzielin pogardy pozostawała dobrze ukryta. Koledzy widzieli tylko wydestylowanego Parkera, unoszącego się na powierzchni; nigdy nie dostrzegali, co warzy się i musuje w głębi.
Lambert była raczej inspiracją dla śniących niż śniącą. W hiperśnie jej niespokojne wizje wypełniały międzysystemowe wykresy trajektorii i obciążenia załadunkowe ograniczane rezerwami paliwa. Z rzadka do struktur snu przesączała się także wyobraźnia, jednak nigdy na tyle, by rozgrzać krew innych.
Parker i Brett często sobie wyobrażali, że ich własne systemy interpolują z jej. Rozważali problemy obciążeń i układów przestrzennych w sposób, który doprowadziłby Lambert do wściekłości, gdyby tylko była ich świadoma. Niemniej takie nieautoryzowane wizje zachowywali dla siebie, bezpiecznie zamknięte w dziennych marzeniach i nocnych snach, by jej nie rozzłościć. Nie należało irytować Lambert. Jako nawigator „Nostromo” to ona głównie odpowiadała za bezpieczne doprowadzenie wszystkich do domu, co stanowiło najbardziej pożądane i podniecające połączenie, jakie mogli sobie wyobrazić.
Brett na liście załogi figurował jako mechanik. Był to pokrętny sposób stwierdzenia, że inteligencją i wiedzą dorównuje Parkerowi, a brakuje mu tylko stażu. Obaj mężczyźni stanowili dziwaczną parę – tak byli odmienni i dla obcych całkowicie różni. A jednak pracowali razem i funkcjonowali bez zgrzytów. To, że sprawdzali się jako przyjaciele i współpracownicy, w dużej części zawdzięczali temu, że Brett nigdy nie narzucał się Parkerowi. Był poważny i flegmatyczny, zarówno w zachowaniu, jak i sposobie mówienia, gdy tymczasem Parker był gadatliwy i wybuchowy. Parker potrafił godzinami wściekać się na wadliwy obwód mikrochipu, przeklinając jego protoplastów aż po glebę, z której wydobyto pierwiastki ziem rzadkich, tworzące jego elementy. Na co Brett spokojnie odpowiadał tylko „No”.
Dla Bretta to pojedyncze słowo oznaczało o wiele więcej niż tylko wyrażenie opinii. Było niemal potwierdzeniem tożsamości. Milczenie stanowiło dla niego najczystszą formę komunikacji. W gadatliwości kryło się szaleństwo.
Był też Ash. Ash służył jako oficer naukowy, lecz nie dlatego jego sny były zabawne. Zabawne w sensie „niezwykłe”, a nie „ha, ha”. Jego sny były najbardziej profesjonalnie zorganizowane z całej załogi. Z nich wszystkich, on jeden najbliższy był zgodności z własną jaźnią działającą na jawie. Sny Asha nie zawierały absolutnie żadnych urojeń.
Co nie mogło dziwić, jeśli naprawdę znało się Asha, choć żaden z jego kolegów nie mógł tego o sobie powiedzieć. Za to on sam znał się dobrze. Zapytany, potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego nie mógłby zostać prośniącym. Nikt jednak nie pomyślał, by spytać, mimo że oficer naukowy, bardziej niż pozostali, wyraźnie uważał prośnienie za fascynujące.
Ach tak… Był jeszcze kot. Miał na imię Jones. Całkiem zwyczajny kot domowy, czy też – w tym przypadku – pokładowy. Był sporym rudym kocurem o niejasnym pochodzeniu i niezależnym charakterze, od dawna przyzwyczajonym do osobliwości podróży statkiem i dziwactw wędrujących przez kosmos ludzi. On także spał w hibernacji i śnił proste sny o ciepłych, ciemnych miejscach i o spętanych grawitacją myszach.
Ze wszystkich śniących na pokładzie był jedynym zadowolonym, choć nie można go nazwać niewinnym.
Naprawdę szkoda, że żadne ze śniących na pokładzie nie kwalifikowało się do przejścia na zawodowstwo, albowiem każde z nich w ramach obowiązków służbowych miało na sen więcej czasu, niż dowolnych dziesięciu profesjonalistów razem wziętych, mimo hibernacyjnego spowolnienia tempa snów. Konieczność sprawiła, że sny stały się ich podstawowym zajęciem. W dalekich lotach załogi w hibernatorach nie mają nic do roboty, mogą tylko spać i śnić. Wprawdzie mieli na zawsze zostać amatorami, ale od dawna byli już amatorami bardzo kompetentnymi.
Było ich siedmioro. Siedmioro śniących w poszukiwaniu koszmaru.
„Nostromo” nie śnił, choć posiadał swego rodzaju świadomość. Nie potrzebował tego tak samo jak zbyteczne było mu konserwujące działanie lodówek. Gdyby nawet, jego sny musiałyby być przelotne i krótkotrwałe, ponieważ nigdy nie zasypiał. Pracował, obsługiwał i pilnował, by jego ludzkie składowe zawsze pozostawały o krok przed stale czyhającą śmiercią, podążającą za hibernacją niczym wielki szary rekin za statkiem na morzu.
Przejawy niegasnącej mechanicznej czujności „Nostromo” były widoczne wszędzie w spokojnym wnętrzu statku, w przygaszonych światłach i w cichym szumie, będącym oddechem instrumentalnej jaźni. Przenikała samą strukturę jednostki, sięgała czujnikami, by kontrolować każdy obwód i każdą rozporę. Posiadała też sensory zewnętrzne, monitorujące puls kosmosu. I to one właśnie wychwyciły elektromagnetyczną anomalię.
Pewna część mózgu „Nostromo” była wyjątkowo skuteczna w destylowaniu sensów z takich anomalii. Przeżuła tę nową, wykryła zagadkowy posmak, zbadała wyniki analizy i podjęła decyzję. Drzemiąca aparatura została aktywowana, uśpione obwody podjęły regulację przepływu elektronów. Dla uczczenia tej decyzji zapaliły się rzędy jaskrawych światełek – oznaki wracającego mechanicznego oddechu.
Zabrzmiał wyraźny brzęczyk, choć jak dotąd tylko sztuczne bębenki były na miejscu, by usłyszeć go i rozpoznać. Był to dźwięk niesłyszany na „Nostromo” od długiego czasu i zwiastujący nieczęste wydarzenie.
Wewnątrz tej budzącej się bańki dźwięków i błysków, wśród rozmawiających ze sobą maszyn, znajdowała się specjalna komora z białego metalu. A w niej siedem kokonów z metalu i plastiku o barwie śniegu.
W tej komorze zabrzmiał nowy odgłos, eksplozywne tchnienie wypełniające ją świeżo przefiltrowaną i zdatną do oddychania atmosferą. Człowiek z własnej woli postawił się w tej sytuacji, ufając swym małym metalowym bóstwom, takim jak „Nostromo”, że tchną w niego życie, gdy sam nie będzie w stanie tego zrobić.
Przedłużenia tej wpół świadomej elektronicznej istoty przetestowały świeżo wypuszczone powietrze i stwierdziły, że jest odpowiednie dla podtrzymania życia w tak słabowitych organizmach jak ludzkie. Zapłonęły dodatkowe lampy, zamknęły się kolejne obwody. Bez żadnych fanfar wieka siedmiu poczwarek otworzyły się i gąsienicowe kształty wewnątrz po raz kolejny zaczęły wypełzać ku światłu.
Ogołoceni ze swych snów, członkowie załogi „Nostromo” robili jeszcze mniejsze wrażenie niż pogrążeni w hibernacji. Przede wszystkim ociekali ochronnym kriogenicznym płynem, wypełniającym i otaczającym ich ciała. Był wprawdzie analeptyczny, jednak śluz nigdy nie wygląda atrakcyjnie.
Po drugie, byli nadzy, a ciecz marnie zastępowała wyszczuplające i kształtujące działanie sztucznej skóry zwanej ubraniem.
– Jezu… – mruknęła Lambert, z obrzydzeniem ścierając maź z ramion i bioder. – Ale tu zimno!
Wyszła z trumny, która zachowywała życie zamiast śmierci, i pogrzebała w pobliskim schowku. Używając znalezionego tam ręcznika, zaczęła wycierać przejrzysty syrop ze swych nóg.
– Czemu, u diabła, Matka nie może ogrzać statku, zanim wyciągnie nas z przechowalni?
Pracowała teraz nad stopami i próbowała sobie przypomnieć, gdzie schowała ubranie.
– Przecież wiesz czemu. – Parker był zbyt zajęty lepkim, zmęczonym sobą, by gapić się na nagą nawigatorkę. – Polityka firmy. Oszczędność energii, co przekłada się na to, że ma być tanio. Po co marnować dodatkowy prąd na ogrzewanie sekcji lodówek, zamiast czekać do ostatniej możliwej chwili? Zresztą kiedy się wybudzasz z hibernacji, zawsze jesteś zmarznięta. Sama wiesz, jak bardzo lodówka obniża ci temperaturę ciała.
– Jasne, że wiem. Tylko co z tego, skoro i tak jest zimno… – wymamrotała. Wiedziała, że Parker ma rację, ale niechętnie to przyznawała. Nie lubiła specjalnie mechanika.
Niech cię szlag, Matko, pomyślała, widząc gęsią skórkę na przedramieniu, dajże trochę ciepła.
Dallas też się wycierał, suchym ręcznikiem ściągając ze skóry resztki hibernacyjnej mazi; starał się nie gapić na coś, czego inni nie widzieli. Zauważył to, zanim jeszcze wstał z lodówki. Statek tak to zorganizował, żeby zauważył.
– Przy pracy szybko się rozgrzejemy – rzucił.
Lambert burknęła coś niezrozumiale.
– Wszyscy na stanowiska. Pamiętacie, mam nadzieję, za co nam płacą. Poza przesypianiem swoich problemów.
Nikt się nie uśmiechnął, nikt nie pokusił się o komentarz. Parker rzucił okiem na swego siedzącego w lodówce partnera.
– Dzień dobry. Wciąż jesteś z nami, Brett?
– No.
– Mamy szczęście. – To była Ripley. Przeciągnęła się, co w jej wykonaniu było gestem bardziej estetycznym niż u pozostałych. – Dobrze wiedzieć, że nasz kluczowy rozmówca jest gadatliwy jak zawsze.
Brett uśmiechnął się tylko bez słowa. Był tak skłonny do rozmów jak maszyny, które obsługiwał, czyli wcale, co było stałym tematem żartów siedmioosobowej pokładowej rodziny. W takich chwilach śmiali się razem z nim, nie z niego.
Dallas wykonywał skręty tułowiem, z przedramionami równolegle do podłogi i dłońmi trzymanymi razem przed mostkiem. Wyobrażał sobie, że słyszy, jak trzeszczą mu dawno nieużywane mięśnie. Błyskające żółte światełko, wymowne jak dźwięczny głos, zmonopolizowało jego myśli. Te diabelne cyklopowe oczy barwy słońca były dla statku metodą informowania ich, że zostali obudzeni w powodów innych niż koniec podróży. I Dallas zastanawiał się, jakie to powody.
Ash usiadł i rozejrzał się z obojętną miną. Widząc ożywienie na jego twarzy, można by pomyśleć, że nadal tkwi w hibernacji.
– Czuję się martwy…
Obserwował Kane’a. Pierwszy oficer ziewał, wciąż nie do końca rozbudzony. Ash żywił profesjonalną opinię, że tamten zwyczajnie lubił hibernację i gdyby tylko mógł, całe życie spędziłby w narkolepsji.
Nic nie wiedząc o opiniach oficera naukowego, Parker zerknął na niego.
– I wyglądasz jak martwy – zgodził się z nim życzliwie.
Zdawał sobie sprawę, że on sam pewnie nie jest w lepszym stanie. Hibernacja źle działała na skórę, nie tylko na mięśnie.
Ash znów spojrzał na trumnę Kane’a. Pierwszy oficer wreszcie usiadł.
– Miło wrócić… – Zamrugał.
– Wszystkim nam trudno w to uwierzyć, sądząc po czasie, jakiego potrzebujesz, żeby się obudzić.
Kane zrobił urażoną minę.
– To oszczerstwo, Parker. Jestem tylko wolniejszy od reszty, nic więcej.
– Pewno… – Parker nie ciągnął tematu, lecz zwrócił się do kapitana, który przyglądał się czemuś poza polem widzenia mechanika. – Zanim zadokujemy, może raz jeszcze omówimy sytuację z premiami.
U Bretta pojawiły się słabe oznaki ożywienia, pierwsze od przebudzenia.
– No.
– Brett i ja uważamy, że należy nam się pełny udział – kontynuował Parker, wciągając buty. – Pełna premia za powodzenie misji plus pensja i odsetki.
Przynajmniej wiadomo, że głęboki sen nie zaszkodził załodze maszynowni, pomyślał ze znużeniem Dallas. Ledwie od paru minut są przytomni, a już narzekają.
– Obaj dostaniecie to, co macie w kontrakcie. Nie więcej i nie mniej. Jak każdy.
– Każdy dostaje więcej od nas – burknął pod nosem Brett.
Jak na niego było to długie przemówienie. Na dowódcy jednak nie zrobiło większego wrażenia. Dallas nie miał nastroju na głupstwa czy tę na wpół poważną słowną szermierkę. Mrugające żółte światełko pochłaniało całą jego uwagę i myśli, z wykluczeniem wszystkiego innego.
– Bo każdy zasługuje na więcej. Jeśli ci to nie pasuje, złóż skargę do płatnika firmy. A teraz lećcie na dół.
– Skarżyć się w firmie – mruczał smętnie Parker, obserwując, jak Brett wysuwa się z trumny i zaczyna osuszać nogi. – Równie dobrze możemy składać zażalenie bezpośrednio do Boga.
– Na jedno wyjdzie… – Brett sprawdzał słabszą lampkę kontrolną na obudowie swojego hibernatora. Ledwie przytomny, ociekający śluzem, wziął się już do pracy. Był takim właśnie człowiekiem, który potrafiłby całymi dniami chodzić ze złamaną nogą, ale nie był w stanie zlekceważyć zepsutej toalety.
Dallas popatrzył w stronę centrum komputerowego.
– Niech któryś z was, żartownisiów, wyciągnie kota – rzucił jeszcze przez ramię.
To Ripley wyjęła z którejś lodówki bezwładne, rudawe ciało. Miała urażoną minę.
– Daruj sobie to lekceważenie. – Delikatnie pogłaskała mokre zwierzę. – To nie element wyposażenia. Jones jest członkiem załogi, tak samo jak my.
– Nawet bardziej niż niektórzy. – Dallas spoglądał za Parkerem i Brettem, już całkiem ubranymi i zmierzającymi w stronę maszynowni. – Nie zajmuje tych nielicznych godzin jawy na pokładzie marudzeniem o wypłatę i premie.
Ripley wyszła z kotem opatulonym w gruby suchy ręcznik. Jones pomrukiwał niepewnie i z godnością wylizywał futerko. Nie pierwszy raz budził się z hibernacji. Chwilowo skłonny był znieść upokorzenie bycia niesionym.
Dallas skończył się wycierać. Dotknął przycisku u podstawy trumny i na beztarciowych łożyskach bezgłośnie wyjechała szuflada. Trzymał w niej swoje ubranie i kilka rzeczy osobistych.
Gdy się ubierał, podszedł Ash, zapinając czystą koszulę.
– Matka chce z tobą rozmawiać – rzucił, skinieniem głowy wskazując żółte światełko, pulsujące na zawieszonej w pobliżu konsoli.
– Zauważyłem od razu. – Dallas wciągnął rękawy koszuli. – Mocne żółte. Chodzi o bezpieczeństwo, nie alarm. Nie mów reszcie. Jeśli to coś poważnego i tak szybko się dowiedzą. – Włożył pogniecioną brązową kurtkę, którą zostawił rozpiętą.
– Cokolwiek to jest, nie może być bardzo źle – uznał z nadzieją Ash, raz jeszcze wskazując rytmicznie pulsującą lampkę. – W końcu to tylko żółte, nie czerwone.
– Na razie. – Dallas nie był optymistą. – Wolałbym budzić się przy miłej, leśnej zieleni. – Wzruszył ramionami, starając się przywołać weselszy ton. – Może to autokucharz tak mruga. To może być dobrodziejstwo, biorąc pod uwagę, co uznaje za jedzenie.
Spróbował się uśmiechnąć, ale nieskutecznie. „Nostromo” nie był człowiekiem. Nie robił sobie żartów z załogi i bez istotnych powodów nie budziłby ich z hibernacji i nie mrugał żółtym światłem. Awaria kucharza na pewno tego nie uzasadniała.
No trudno. Po kilku miesiącach, kiedy prócz spania nie miał nic do roboty, nie powinien narzekać, jeśli przyjdzie mu teraz parę godzin się napocić.

Najnowsze wieści